Łączna liczba wyświetleń

piątek, 17 marca 2017

Liga Mistrzów a w niej Polacy, Bundesliga, Bayern i Lewandowski – garść luźnych futbolowych refleksji

 
 
 
 
No i już prawie wszystko stało się jasne – znamy 8 najlepszych drużyn Europy 2017. Ostatnią parę ćwierćfinalistów UCL wyłonił środowy wieczór. Ku mojej radości, do szóstki: Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Real Madryt, Barcelona, Leicester City i Juventus Turyn, dołączyły: Atletico Madryt i AS Monaco.
 
 
 
Nie ma co prawda klubu z kraju nad Wisłą, ale polskich akcentów nie brakuje. Ba – o akcentach to można mówić chyba tylko w przypadku roli, jaką odgrywają w zespole mistrza Anglii Bartosz Kapustka i Marcin Wasilewski. Natomiast jeśli chodzi o takie ekipy, jak Bayern, Borussia, czy Monaco – to mamy tutaj graczy naprawdę dużego kalibru! Nasi reprezentanci regularnie wychodzą na mecze w wyjściowych składach, odgrywają w swoich klubach kluczowe role i stanowią o ich sile. Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek, Kamil Glik – ci piłkarze w dalszym ciągu pozostają w grze o puchar Ligii Mistrzów, a polscy kibice nadal mają komu kibicować w tych rozgrywkach.
 
 
Tak przedstawia się obecna sytuacja. Ja jednak chciałabym na chwilę cofnąć się nieco w czasie i nawiązać do wydarzeń, które (w pewnym sensie) nie są bez znaczenia w kontekście tego wszystkiego, co dziać się będzie na europejskich boiskach  w ciągu najbliższych tygodni.
Czy ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy, zastanawiał się może ostatnio, ile to już lat minęło od chwili, kiedy to Polak wznosił wraz z kolegami z klubu puchar Ligi Mistrzów? 21 maja 2008 r. na Łużniki Stadium, Manchester United Tomasza Kuszczaka pokonał po dogrywce i serii rzutów krnych Chelsea Londyn. Polski bramkarz w tym spotkaniu jednak nie wystąpił, choć w sukcesie miał swój udział, kilkukrotnie strzegąc bramki Czerwonych Diabłów we wcześniejszych spotkaniach tej edycji LM. 
 
 
 
Wcześniej, a dokładnie: 25 maja 2005 r., także inny polski bramkarz, Jerzy Dudek, triumfował razem Liverpoolem.
 
 
12 lat temu – wielu z Was może tego nie pamiętać. Choć nieco starsze pokolenie nie wyobraża sobie, jak można nie pamiętać o słynnym „Dudek-Dance” podczas konkursu rzutów karnych…
 

 
Tak więc polscy bramkarze byli tymi, którzy jako ostatni cieszyli się z tego historycznego osiągnięcia i mogli doświadczyć radości związanej z samą ceremonią wręczania tego wspaniałego trofeum. Trofeum, o którym inni mogą tylko pomarzyć, czekać na niego latami, czasem nawet mocno się zbliżyć do niego, niemal na wyciągnięcie ręki…
 
Skoro o tym mowa - rok temu Bayern Monachium po raz trzeci z rzędu odpadł z rywalizacji o puchar Ligi Mistrzów na samym finiszu, klasyczna „wywrotka” tuż przed metą... Podobnie jak wcześniej (w sezonie 2012/13) przytrafiło się to Borussi Dortmund, w której składzie grało wówczas aż trzech Polaków, w tym nasz najlepszy snajper, Robert Lewandowski. Jakby nad naszymi rodakami wisiało jakieś fatum. Ciągle blisko i ciągle czegoś musi zabraknąć do szczęśliwego zakończenia tej futbolowej baśni...
 
 
Podsumujmy zatem – 4 lata temu, 12 maja 2013 r., nasze słynne „dortmundzkie trio” (Lewanadowski, Błaszczykowski, Piszczek) musiało uznać wyższość Bayernu. Na słynnym stadionie Wembley w Londynie, odwieczny bundesligowy rywal okazał się lepszy od Borusii, pokonując ją w finale Ligi Mistrzów 2:1.
 

 
 
Kolejne 3 sezony Lewnadowski spędził już w Bayernie Monachium i pod wodzą Pepa Guardioli rywalizację w UCH kończył za każdym razem na etapie półfinałów… O ironio – gdy „Lewy” grał przeciw Bayernowi, ten tryumfował, gdy stał się zawodnikiem klubu z Bawarii, musiał po trzykroć uznawać wyższość innych, odpadając w półfinałach.
Przez długi czas wspomniane sytuacje były przyczyną mojego fatalnego humoru i w zasadzie do dziś nie pogodziłam się z, moim zdaniem, wyjątkową złośliwością futbolowego losu. Uważam, że to strasznie niesprawiedliwe, że Robert Lewandowski po raz kolejny z rzędu musiał obejść się smakiem - mimo, że wcale nie jest gorszym napastnikiem/zawodnikiem, niż ci, którym dane było (i to nie raz) wznosić ten cholerny puchar...
Jest od większości z nich o niebo lepszy - tylko co z tego? Skoro trafił do TAKIEJ a nie innej Ligi…
Bundesliga. Przez trzy sezony pobytu Pepa Guardiioli w Monachium, prowadzony przez niego Bayern nie musiał zbytnio się wysilać, by w tej lidze brylować, bić kolejne rekordy i odstawać od reszty stawki przez cały sezon praktycznie. Jakby był z innej bajki...
To dawało złudne poczucie wielkości, usypiało czujność, zabijało sportową agresję (tę taką pozytywną) i głód zwycięstw... Taka jest moja prywatna teoria, która wyjaśniałaby tę niemoc  niemieckiego klubu na ostatniej prostej w drodze na futbolowy Olimp.
Ale przecież skoro nie było takiej potrzeby, by korzystać z całej mocy, to trener tego nie robił...  
Taka liga - w której potentatowi wystarcza minimalizm. No może nie zawsze, czasem trafia się przecież wymagający przeciwnik. Ale wtedy można sobie łatwo z nim poradzić, mając budżet niczym z kosmosu... Wystarczy na przykład podkupić ich kluczowego zawodnika (a najlepiej dwóch), choćby tylko po to, by jego rola ograniczać się miała do ławkowego stróża... Czy istnieje lepszy sposób na to, by zneutralizować wroga - osłabiając go fizycznie (kadrowo)i upokarzając psychicznie? Wszak sytuację z transferem Mario Goetze, czy zakontraktowanie przez Bayern Roberta Lewnadowskiego, nazwać policzkiem zadanym Borussi, to eufemizm... Wielu komentatorów używało wówczas mocniejszych słów. Czy w takich okolicznościach, dziwić może to, co się stało potem z drużyną Kloppa i nim samym? Każdy by stracił poczucie sensu i ochotę do pracy. Ostatnio także dortmundczycy stracili na rzecz odwiecznego rywala nawet swojego byłego kapitana, Hummelsa.
Ale wracając do tematu...
Skoro nie trzeba było pokazywać całego potencjału, to zawodnicy OCZYWIŚCIE woleli to wspomniane  truchtanie (zamiast przysłowiowego gryzienia trawy), rozkoszowanie się świadomością posiadania piłki przez 70% czasu gry, preferowanie takiej taktyki, która pozwala odnieść zwycięstwo najmniejszym nakładem sił...
Na zdrowy rozum, na logikę - to wielu z nas postąpiłaby podobnie w przeciętnych życiowych sytuacjach. Z lenistwa, ze zblazowania – ot, takie boiskowe kalkulowanie i cwaniactwo...
Dlatego tak po ludzku rozumiem i usprawiedliwiam zarówno Guardiolę jak i piłkarzy Bayernu.
W tak specyficznej, tak wyraźnie zdominowanej przez jeden klub lidze (w której na ogół toczy się pasjonująca walka co najwyżej o wicemistrzostwo, ewentualnie o Puchary), przecież nie ma potrzeby i sensu postępować inaczej...  
Prawda? A może się mylę…
Czy zatem taki Bayern (któremu mocno kibicuję), grający w takiej a nie innej lidze, jest w stanie wygrać wreszcie w tym roku Ligę Mistrzów? Czy zawodnicy Carlo Ancelottiego osiągną to, czego nie byli w stanie dokonać przez trzy lata pod wodzą Gurdioli? Czy te lata czegoś ich nauczyły? A jeśli tak, to czy będą potrafili wyciągnąć z tej nauki właściwe wnioski?
Od trzech lat wierzyłam w ten zespół i widziałam w nim moc, której potrzeba do mistrzostwa. Czy po serii rozczarowań, coś się w tej materii zmieniło?
 
 
Nie. Nadal twierdzę, że Bayern ma moc, ogromny potencjał, którego nie wykorzystywał w pełni przez ostatnie miesiące, lata nawet. Ma też wszelkie atuty, aby wygrywać nie tylko krajowe zawody, ale także tryumfować w LM. Ma nowego, świetnego trenera i absolutnie ponadprzeciętnych piłkarzy. To, czego, moim zdaniem, zawsze nieco mu brakowało, to większ ilość spotkań, które podnosiłyby piłkarzom poziom adrenaliny, zmuszały do maksymalnego wysiłku, wykształciły umiejętność dawania z siebie wszystkiego w niemal KAŻDYM MECZU.
Bayern w trakcie ligowego sezonu n ogół NIE MUSIAŁ tego robić.
W związku z tym, Bayernowi będzie ciężej niż innym (zwłaszcza klubom hiszpańskim), wygrać LM. Co nie znaczy, że nie jest to możliwe. Jest. Bawarczycy muszą tylko wskoczyć na wyższy (europejski, ponad niemiecki) poziom – i oby nie nastąpiło to zbyt późno...
Adrenalina i emocje w każdym niemal meczu, gra „na maxa” - to powinien być wykształcony nawyk, codzienność, automatyzm działania i naturalny rytm gry zespołu. Nie zaś jednorazowe, czy sporadyczne  akcje, związane właśnie z występami w europejskich pucharach. Spotkania na  ligowym podwórku, raczej już tego typu doznań piłkrzom Bayernu nie dostarczają. Przynajmniej nie w stopniu wystarczającym - i szkoda!
 
 
Oczywiście, możemy mówić, że zabrakło w ostatnich latach szczęścia... Jasne, to także. Ale przede wszystkim, Bayernowi zabrakło tego, co funduje swoim uczestnikom La Liga chociażby - trzech, czterech równorzędnych niemalże drużyn, pomiędzy którymi toczą się zażarte boje przez cały sezon. Dzięki czemu wynik zawsze jest niewiadomą, a o tytuł mistrzowski walka toczy się często do samego końca. W Hiszpanii nikt we wrześniu nie zaryzykuję stwierdzenia, że na 95% wygra Real, Barcelona, Atletico, czy może Sewilla... W Niemczech obstawiać Bayern można nawet przed rozpoczęciem sezonu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, że pomyłki raczej nie będzie...
Ot i cały sekret i odpowiedź na pytanie: jaką tak naprawdę wartość ma ta (iluzoryczna?) potęga Bayernu, gdy zderza się z którąś z wymienionych wcześniej drużyn...
Trzy lata Guardioli w Monachium, trzy podejścia do LM, trzy porażki i trzy „hiszpańskie zmory” jak z najgorszych futbolowych koszmarów. 
Real, Barcelona, Atletico – te kluby wcześniej eliminowały po kolei Bayern z najbardziej elitarnych, klubowych rozgrywek naszego globu. Dla samego Lewandowskiego, czwartą zmorą okazała się być jego obecna drużyna, która w roku 2013, na angielskiej ziemi pokonała Borussię Dortmund, której barwy reprezentował wówczas nasz kapitan reprezentacji.
Tegoroczna edycja, to będzie już piąte poważne podejście Lewandowskiego do tego, by zatryumfować w UCL. Nie można mu odmówić ani cierpliwości, ani wytrwałości, ani wiary w końcowy sukces. Ma marzenie i nie poddaje się nawet wtedy, gdy już tylokrotnie legło ono w gruzach. Robert wciąż wierzy i nie przestaje walczyć, cały on!
Muszę się przyznać do tego, że w chwilach rozgoryczenia i zwątpienia, niejednokrotnie zaczynałam żałować, że Lewandowski jednak nie zmienił Bundesligi na bardziej wymagającą ligę...
Z całym szacunkiem do tej niemieckiej - która go ukształtowała i zrobiła z niego profesjonalistę pełną gębą. Ale tutaj osiągnął już pewien pułap, wyżej nie podskoczy. Niby to jest bardzo dużo, niby jest zadowolony i szczęśliwy w Monachium. Coś mi jednak mówi, że to go tak do końca nie zadawala - a czas płynie...
 
 
Ta sama refleksja tyczy się osoby trenera. Niczego nie ujmując Guardioli, to jednak z tyłu głowy gdzieś tam pałętało się pytanie, co by było gdyby Bayern zarządzany był ręką trenera, który nie tylko potrafi w odpowiednim czasie właściwie zmotywować i ustawić zespół, ale też jest w stanie wyciągnąć wnioski z poprzednich lat i wcześniejszych niedopatrzeń. Moim zdaniem Hiszpan wykonał w Monachium kawał dobrej roboty, ale mając takie możliwości i taki bagaż doświadczeń, mógł zrobić znacznie więcej w kwestii przygotowania drużyny do występów z LM. Takie jest moje zdanie. Nie potępiam go, ale też pomników stawiać mu nie zamierzam... Rozczarował mnie Guardiola i zawiódł. Choć zapewne, w swoim mniemaniu, zrobił wszystko, co mógł...
Jako zdeklarowana fanka Roberta Lewandowskiego, rok temu byłam straszliwie, bezgranicznie rozczarowana i rozgoryczona!!! Nie takiej wiosny życzyłam naszemu kapitanowi, on sam także nie na taką wiosnę czekał zapewne.
Oby ta okazała się dla niego wreszcie szczęśliwa. On w każdym razie nigdy nie zwątpił i nigdy się nie poddawał. W maju zeszłego roku, dzień po tym, jak jego Bayern odpadł w półfinale w starciu z Atletico, Lewandowski umieścił na jednym z portali społecznościowych taki oto wpis”
 
"We were fighting for our dreams! We failed. I still believe and I hope that one day the faith will lead me to the victory in the #UCL".
 
Prawdziwy „walczak”, „twardziel”, konsekwentnie podążający obranym przez siebie szlakiem...
I jak mu tu nie kibicować?
Powodzenia, Panie Robercie, niech to marzenie o LM w końcu teraz się spełni!!!
 
 
Mój typ na zwycięzcę tegorocznej edycji UCL?
Może być tylko jeden: oczywiście Bayern Monachium!
Obstawiam także, że na finał do walijskiego Cardiff załapie się także któryś z pozostałych klubów z Polakami w składzie – po cichu liczę na AS Monaco Kamila Glika. Choć powtórka z historii - czyli starcie dwóch niemieckich drużyna na Wyspach, też mogłoby być ciekawe. Zwłaszcza, że Łukaszowi Piszczkowi także mocno kibicuję!
 



wtorek, 14 lutego 2017

Dramatu nie będzie. Co w takim razie zobaczymy wiosną w europejskich pucharach?


 
W wywiadzie niedawno udzielonym dla pisma Ajax Life, Arkadiusz Milk stwierdził, że Ajax ma więcej jakości niż Legia. Jednocześnie przestrzegał swój były klub przed tym, że warszawska drużyna potrafi być  zabójczo skuteczna w strzelaniu goli z kontry – o czym mógł się przekonać  wielki Real Madryt, czy też  Borussia Dortmund. Myślę jednak, że w Amsterdamie i bez uwag polskiego snajpera doskonale wiedzą, że na lekceważenie Legii nie mogą sobie pozwolić. Generalnie szanse obu drużyn oceniane są pół na pół, z delikatną jednak przewagą na korzyść Holendrów.

Kto więc awansuje i powalczy dalej, a kto będzie musiał przełknąć gorycz porażki?

Dla Legii byłaby to już druga z rzędu lekcja futbolu, udzielona jej przez Ajax. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji – nie teraz, gdy w Legii wreszcie wszystko zaczyna tak sensownie się układać (przynajmniej w szatni i na boisku; o „gabinetach” nie mówię). Poza tym, teraz Legia jest silniejsza, niż dwa lata temu. Na pewno też mądrzejsza o pucharowe doświadczenia i bardziej dojrzała. No i – co najważniejsze – ma na ławce trenerskiej fantastycznego szkoleniowca, a w środku ofensywy świetnego gracza, który zrobi wszystko, by jego klub mógł kontynuować swoją przygodę w europejskich pucharach. Dla mnie to są dwa kluczowe atuty polskiego klubu, których zabrakło w Legii przed dwoma laty.
 
Jasne, że takich jasnych punktów i argumentów „na plus” jest znacznie więcej. Nie zapominam o takich nazwiskach, jak chociażby Odjidja-Ofoe, Pazdan, Guilherme, Hloušek. Wielkie nadzieje pokładane też są w nowym nabytku mistrza Polski - Tomáš Necid ma godnie zastąpić dwóch poprzednich napastników, którzy zdecydowali się pożegnać z Warszawą. Pytanie tylko, czy czeski napastnik jest w stanie tak błyskawicznie wkomponować się w ofensywną układankę Jacka Magiery? Przecież zaliczył, grając z nowymi kolegami, zaledwie dwa mecze – sparing w Hiszpanii i ligowe starcie w Arką Gdynia. No i co prawda gola w nich nie strzelił, ale jednak miewał przebłyski, widać że piłka go szuka, a rozgrywający widzą go na boisku.
 

Mimo absencji kilka podstawowych graczy (kontuzjowanych: Rzeźniczaka i Moulina, czy nie mogącego zagrać ze względu na przepisy Jędrzejczyka), Legia ma wciąż ciekawą kadrę, a w niej co najmniej kilku wartościowych graczy. Powinni oni sobie poradzić w czwartek z Holendrami. Wierzę w modrość trenera Magiery i w możliwości jego piłkarzy. Najbardziej jednak liczę na Miroslava Radovića! To w nim upatruję tego, który poprowadzi Legię do tryumfu nad Ajaxem! To w jego umiejętności i szaloną determinację wierzę! To jego zaangażowania nie na 100, a na 200% oczekuję! Jeśli ktoś ma dać impuls do walki, „pociągnąć” drużynę, podtrzymać wiarę w sukces w najtrudniejszych momentach – to będzie to z pewnością Rado!

Rzecz jasna, w szatni ważna będzie praca trenerów, ale gdy zabrzmi pierwszy gwizdek, to kapitan powinien poprowadzić swój zespół we właściwym kierunku. W sobotnim spotkaniu ligowym z Arką Gdynia, Miroslav Radović założył kapitańską opaskę (w zastępstwie Jakuba Rzeźniczaka), myślę że i w czwartek też tak będzie - i że to jeszcze bardziej zmobilizuje go do walki.

A co, jeśli Ajax jednak okaże się lepszy od Legii w dmumeczu 1/16 rozgrywek LE i piłkarzom Jacka Magiery pozostanie już tylko rywalizacja na krajowym podwórku? Zewsząd słyszę głosy, że to starcie, wbrew pozorom, wcale nie jest dla Legii najważniejsze w tym sezonie. „Dramatu nie będzie” – jednogłośnie powtarzają niemal wszyscy… Priorytety są zgoła inne - najważniejsza jest liga i jej wygranie, które umożliwi powtórną walkę w kwalifikacjach Ligi Mistrzów.
Może i ewentualne odpadnięcie Legii dramatem by nie było, może w oficjalnych wypowiedziach zarówno działacze, piłkarze, jak i sam trener podkreślają, że to liga jest najważniejsza  i obronienie mistrzostwa Polski... Ale tak po cichu, gdzieś  w głębi serca, to każdy z nich wie, że los nie bez powodu postawił po raz kolejny właśnie Ajax na drodze Legionistów. A najbardziej zdaje sobie z tego sprawę mój ulubiony piłkarz w Legii, który poprzednie spotkanie w Amsterdamie oglądał z trybun, choć miał w nim zagrać... Radović ma tutaj coś do udowodnienia - sobie i wszystkim w Legii. Jeśli nie poprowadzi Legii do zwycięstwa, to będzie to jego osobista porażka i wielkie rozczarowanie dla kibiców. A dla mnie w szczególności – nigdy nie wybaczyłam Henningowi Bergowi tego, że w tak ważnym dla Legii momencie, wysłał jej najlepszego zawodnika na trybuny, mimo, że ten był gotowy na mecz i z pewnością zrobiłby wszystko, by godnie się pożegnać z kibicami prze wyjazdem do Chin. Norweg jednak wolał unieść się honorem i swoje prywatne urazy postawił nad dobro drużyny. Nigdy nie zapomnę miny wściekłego i bezradnego Radovića, śledzącego poczynania swoich kolegów z trybun... Musiał wtedy patrzeć, jak drużyna, której był do tej pory motorem napędowym i mózgiem, próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, już bez niego. Mogę się tylko domyślać, jak paskudnie Rado musiał się wtedy czuć i jak bardzo żałował, że nie może pomóc kolegom na murawie. Niby na własne życzenie, niby z jego „winy”…  A jednak scenariusz na tamten wieczór można było napisać inaczej, obsadzając Miro w roli głównej. Ale nie ma co już dalej dywagować, „co by było gdyby”. Lepiej skupić się na tym, co przed nami.

Los podarował Legii i Rado drugą szansę, zmarnować ją, byłoby wielkim grzechem! Tak to widzę.

Minęły dwa lata, historia zatoczyła koło – a 33-letni serbski pomocnik, dziś ma świadomość, że wszystkie oczy kibiców Legii będą skierowane przede wszystkim na niego i że to on powinien dać impuls pozwalający drużynie pokonać utytułowanego  i bardziej doświadczonego rywala. To spotkanie, w kontekście całej tej otoczki z chińskim transferem Radovića w tle, urasta dla mnie niemalże do rangi symbolu i sprawia, że w tygodniu obfitującym w - o wiele bardziej prestiżowe - mecze pucharowe, najbardziej czekam na czwartkowe starcie Legii z Ajaxem właśnie! 
 
Nawet starcie Bayernu z Arsenalem nie wzbudza we mnie takich emocji, jak to, co się wydarzy przy Łazienkowskiej… Nawet szlagier, na jaki się zapowiada pojedynek Napoli z Realem, nie wydaje mi się aż tak atrakcyjny, jak ten, w którym jedną z głównych ról odegra polska drużyna. Mimo, że ostatnie popisy Piotra Zielińskiego w barwach Napoli sprawiają, że piłkarska środa w Lidze Mistrzów może być dniem, w którym karty rozdawać będą Polacy.
 
A przecież jest jeszcze dzisiejsze spotkanie Borussi Dortmund z Benficą, w którym najprawdopodobniej wystąpi wracający po krótkiej przerwie spowodowanej kontuzją pleców, Łukasz Piszczek.
 Szkoda tylko, że w drugim wtorkowym spotkaniu LM (Paris Saint-Germain), nie zobaczymy jeszcze jednego z naszych reprezentantów, bo wtedy to już w ogóle można by mówić o czymś w rodzaju polskiej ofensywy na LM. W każdym z czterech spotkań rozegranych w tym tygodniu, moglibyśmy podziwiać grę naszych rodaków. Niestety, Grzegorz Krychowiak obejrzy to spotkanie z trybun, trener Emery nie znalazł dla niego miejsca w składzie… Trudno, może w rewanżu „Krycha” już się  pojawi? Trzymam za niego kciuki i czekam na jego powrót w wielkim stylu!
(...)
 

wtorek, 17 stycznia 2017

FOOT DRAIN - chińska ofensywa transferowa


 

SZCZYPTA FUTBOLOWEJ EKONOMII NA POCZĄTEK

Termin „brain drain”, czyli po polsku „drenaż mózgów”, funkcjonuje w ekonomi już od półwiecza. Jak możemy przeczytać w Wikipedii, oznacza on zjawisko „skłaniania specjalistów wysokiej klasy do podejmowania pracy w krajach  uprzemysłowionych przez zapewnienie im lepszych warunków ekonomicznych i nowoczesnej organizacji pracy”.

Na potrzeby poniższego tekstu, pozwoliłam sobie stworzyć termin analogiczny, który z powodzeniem można by przenieść na grunt futbolowych realiów:  „Foot drain” – czyli „drenaż nóg”.

Na czym miałby polegać ów  chiński „Foot drain”?

Na tym, że także kusi się pieniędzmi tych, których chce się do siebie ściągnąć, w celu osiągnięcia konkretnych korzyści. Tylko że zamiast „tęgich głów”, Chińczycy podbierają zachodniej cywilizacji… "kopaczy”!
 
 

Chińska aktywność na piłkarskim rynku transferowym jest naprawdę imponująca i zdumiewająca. Choć z drugiej strony, jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie pieniądze stoją za tą ofensywą ściągania do Chinese Super League  kolejnych piłkarzy z Europy, czy Ameryki Pd., to wówczas przestaje dziwić cokolwiek. Wiadomo, że pieniądz czyni cuda, a jego „właściwości magnetyczne” znane są nie od dziś!
 

A zatem drenaż europejskich (głównie) boisk nabiera rozmachu i zatacza coraz większe kręgi. Można powiedzieć: lawina ruszyła i raczej nic już nie będzie w stanie jej zatrzymać. Mechanizmy, w których siłą napędową, głównym paliwem, są pieniądze (wręcz niewyobrażalne),  działają na coraz wyższych obrotach, zwiększając swoje moce przerobowe . A te wydają się nieograniczone, bezkresne wręcz - jak całe wielkie Państwo Środka. Choć zamiast tego historycznego określenie najludniejszego kraju świata, bardziej pasowałby dziś termin użyty przez jedną z niemieckich gazet: „państwo środków”. Bo to jest w rzeczywistości kraj nie tylko olbrzymich możliwości, ale przede wszystkim, dysponujący już w tej chwili niewyobrażalnymi wręcz środkami, z których część przekierowywana jest na rynek piłkarski właśnie.
 



Z każdym rokiem Chiny w coraz większym stopniu starają się zdominować świat, zalewając rynek swoimi nie zawsze wysokiej jakości, ale za to  konkurencyjnymi cenowo, produktami. Można by z przekąsem stwierdzić, że aby równowaga w przyrodzie została zachowana, w zamian Chińczycy ściągają do siebie coraz więcej piłkarzy. Głównie są to już gracze zaawansowani wiekowo i w europejskim futbolu nie odgrywający pierwszoplanowej roli. Jednak te tendencje się zmieniają i wśród zwerbowanych, pojawiają się coraz bardziej znamienite nazwiska. Wydaje się, że kwestią czasu jest, kiedy do Azji przeniosą się ci najwięksi…

 

CHIŃSKIE MOTTO NA DZIŚ: SPROWADZAJMY CO SIĘ DA!

Chińskie kluby są gotowe wyłożyć praktycznie każde pieniądze na gwiazdy najpopularniejszej dyscypliny sportu. Na samych zawodnikach jednak nie poprzestają. W kraju za Wielkim Murem pracuje już wielu znanych szkoleniowców, których także udaje się skusić potężnymi gażami i atrakcyjnymi warunkami pracy. Na świecie jest tylko trzech trenerów, których gaże za sezon przekraczają 10 mln funtów – jednym z nich jest Andre Villas-Boas. Portugalczyk, mający za sobą pracę m.in. w Chelsea, czy ostatnio w Zenicie Petersburg, w rok ma zarabiać w Shanghai Shenhua 11 mln funtów.



Piłkarze, trenerzy, ostatnio nawet pojawiła się w mediach informacja o zamiarach ściągnięcia do Chin jednego z sędziów angielskiej PL… Wydaje się, że jeszcze tylko kibice nie są kuszeni darmowym chińskim piwem i kiełbaską, by w zamian brali czynny udział w budowaniu nowej potęgi futbolu i tłumnie przeprowadzali się na wschód. Ale może już i takie projekty kiełkują w głowach decydentów budujących wizerunek Chinese Super League …?   W obliczu tylu absurdalnych (z naszego, europejskiego punktu widzenia) posunięć, jedna ekstrawagancja więcej, nie powinna już jakoś wybitnie zaskakiwać.

Zapyta ktoś – jakim cudem Chińczyków na to wszystko stać? I czy aż tak wysokie sumy transferów mają jakiekolwiek ekonomiczne uzasadnienie?
 
 

Odpowiedź wydaje się dość prosta. Tempo rozwoju gospodarczego w Chinach jest imponujące, a wielkość inwestowanych środków nie ma sobie równych w skali całego globu. Po prostu można powiedzieć, że dziś państwo z Dalekiego Wschodu wiedzie prym w światowej gospodarce. A zatem – czy w obliczu takich możliwości finansowych Chińczyków, może jeszcze kogoś dziwić wysokość rekordowych transferów, o których ostatnio zrobiło się głośno w futbolowym świecie? I wcale nie chodzi tutaj o popularne powiedzonko: „kto bogatemu zabroni?”. Można przecież domyśleć się, że skoro biznesmeni z Chin chcą płacić aż tak bajońskie sumy, to widocznie widzą w tym sens i najzwyczajniej w świecie im się  to opłaca. Zakup piłkarza, to nic innego jak inwestycja, a futbol to po prostu biznes jak każdy inny…  Wiadomo – nie brzmi to zbyt romantycznie. Raczej to brutalna prawda o bezwzględnej grze na futbolowym rynku, gdzie nie liczą się sentymenty, tylko liczone w milionach euro/funtów/dolarów zyski. I oczywiście mowa tutaj zarówno o klubach, jak i samych piłkarzach, których udało się skusić intratnymi kontraktami.

 

BUNT I OBURZENIE TYCH, CO SAMI NIE SĄ BEZ GRZECHU…

Tu i ówdzie słychać głosy oburzenia, a nawet sprzeciwu wobec tak agresywnej i bezwzględnej polityki transferowej praktykowanej za Wielkim Murem. Że to niby nieetyczne, niemoralne, niehonorowe…  Że takie postępowanie niszczy futbol, jest zagrożeniem dla całego piłkarskiego świata, którego głównym ośrodkiem, takim odwiecznym centrum, była Europa. Niedawno głos w sprawie zabrał manager Chelsea Londyn, Antonio Conte:

Tego typu oferty są niewiarygodne. Nie ma się co dziwić, że zawodnikom ciężko powiedzieć nie. Jeśli mam być szczery, to wszystko nie jest w porządku. Do pieniądza trzeba mieć szacunek. Tymczasem pojawiają się takie propozycje. Nie zgadzam się z tym. Chiński rynek jest zagrożeniem dla wszystkich. Dla wszystkich drużyn na świecie, nie tylko dla Chelsea”.

Niby nie sposób się nie zgodzić z powyższymi słowami… Czy jednak przypadkiem, w takich „lamentach” nie ma odrobiny hipokryzji i zapominania o własnych, w sumie dość podobnych metodach, które najbogatsze kluby z Wysp, stosują wobec tych, których budżety nie  mają najmniejszych szans na konkurowanie z potęgami? Może i skala inna, ale zasady wydają mi się podobne…

Staremu Kontynentowi trudno się pogodzić z tym, że dziś ten środek futbolowej  ciężkości przesuwa się coraz bardziej na wschód…  Cóż może jednak dziś zrobić nasza biedna (a z pewnością biedniejsza od Chin) Europa prócz biernego przyglądania się temu, jak kolejni piłkarze wciągani są przez chiński odkurzacz transferowy? Chyba nic. Choć brzmi to okrutnie i bezdusznie, a bezradność jest frustrująca jak diabli, to nie wydaje mi się, aby istniały jakieś formalno-prawne hamulce, zdolne zatrzymać rozpędzoną machinę, która zasysa piłkarzy, a następnie stara się maksymalnie wykorzystać ich sportowy, ale także wizerunkowy potencjał. Jedynie jakieś klauzule w kontraktach zawodników mogłyby ewentualnie stanowić jakąś zaporę. Albo sami Chińczycy, a właściwie ich ustawodawstwo, które właśnie poczyniło mały kroczek w tym kierunku. Jak informują lokalne media, chińska federacja piłkarska, naciskana przez przedstawicieli chińskiego rządu, zdecydowała się na zmniejszenie limitu obcokrajowców. Konkretnie chodzi o to, że dotychczasowy limit to było 3 obcokrajowców + jeden piłkarz z Azji. Od teraz ma być tylko 3 obcokrajowców na boisku i na tym koniec! Jakby tego było mało, w chińskim światku futbolowym krążą plotki, mówiące o możliwym ograniczeniu przez rząd wydatków na transfery czy też wprowadzenie tzw. „salary cap”, czyli limitu wysokości pensji zawodników. Takie informacje podał przedwczoraj (15 stycznia) portal Transfery.info. Zwłaszcza ta ostatnia „groźba” chińskiego rządu wydaje się być najskuteczniejszym antidotum na europejski ból głowy. Problem bowiem może rozwiązać się sam, przynajmniej częściowo. Na razie to jednak tylko spekulacje…

 

MARKETING I REKLAMA – COŚ , CO NAPĘDZA FUTBOLOWY BIZNES

Jeśli chodzi o wspominany wcześniej wizerunek -  trzeba zaznaczyć, że reklama, sponsorzy i potencjalne korzyści ze sprzedaży wszelkiego rodzaju gadżetów sygnowanych nazwiskiem gwiazd futbolu, to obok czysto piłkarskich umiejętności, druga strona transferowego medalu. Warto o tym pamiętać, zanim zaczniemy się dziwić, dlaczego ktoś jest skłonny wyłożyć 300 mln euro za zawodnika, który już z racji wieku do perspektywicznych nie należy, a i z formą też nie zawsze u niego najlepiej… Jak więc to możliwe, ze takiemu Ronaldo (bo to o nim właśnie mowa), oferuje się 100 mln euro rocznej pensji – mniej więcej 5 razy tyle, ile jest w stanie zaoferować swoim najlepszym piłkarzom Europa? Jak wytłumaczyć fakt, że chiński klub oferuje Realowi za tego piłkarza 300 mln euro? Choć akurat tę ostatnią informację Fiorenino Perez, prezes klubu ze stolicy Hiszpanii, zdementował ostatnio. Twierdził, że do klubu nie wpłynęła żadna oficjalna oferta za zawodnika, który w minionym roku zgarnął wszystkie możliwe do zdobycia trofea. Natomiast niewątpliwie Chińczycy próbowali negocjować z samym zawodnikiem, co potwierdził agent Ronaldo.

A zatem – dlaczego Chińczycy są aż tak hojni i tak chętnie oferują tak ogromne pieniądze? Odpowiedź jest banalnie prosta i zawiera się w pięciu tylko słowach: bo to jest Cristiano Ronaldo. Nie Jan Kowalski, ale NAZWISKO, które niczym magiczna  różdżka napędza futbolową koniunkturę, zwiększa sprzedaż klubowych pamiątek, koszulek itp., jak magnez przyciąga na stadiony…

Do tego transferu jednak nie dojdzie. Przynajmniej na razie. Podobnie jak w przypadku Roberta Lewandowskiego, którego agent, Cezary Kucharski twierdził niedawno w jednym z wywiadów, że:

„Dzwonił do mnie agent zajmujący się ściąganiem gwiazd do chińskiej ligi. Nie padła nazwa klubu, poruszyliśmy tylko kwestię możliwości finansowych. Gdyby "Lewy" zdecydował się na przejście do Chin już teraz, mógłby liczyć na pensję wyższą niż otrzymał Carlos Tevez „

To wypowiedź Kucharskiego dla WP Sportowe Fakty.

Nietrudno się domyśleć, kto, prócz agentów piłkarzy, najbardziej ucieszyłby się z możliwości przeprowadzenia takich transferów. Sponsorzy. Ileż by dali, by spełnić swe marzenia o poszerzeniu swoich wpływów i wkroczyć z pompą na tak ogromny rynek, jakim bez wątpienia jest rynek chiński!

 

KONKRETNE LICCZBY, FAKTY, NAZWISKA

Czas już najwyższy zarzucić rozważania o tym, co nadal pozostaje w sferze spekulacji i póki co nierealnych chińskich pragnień, a p czy domysłów i przejść do konkretów, czyli transferów już „zaklepanych” .  Światowy top, jeśli chodzi o finanse piłkarzy prezentuje się dość osobliwie, sumy mogą przyprawić o zawrót Glowy…
 

Największe zarobki w Chinach (roczne):

1.    Carlos Tevez : 38 M€

2.    Ezequiel Lavezzi : 26 M€

3.    Oscar : 25 M€

4.    Hulk : 20 M€

5.    Gervinho/Witsel : 18 M€

6.    Graziano Pelle 16  M€ 
 
 
 
Cały artykuł (a w nim jeszcze więcej ciekawych liczb, nazwisk i przemyśleń) można przeczytać na MFM - KLIKNIJ TUTAJ
Zapraszam!

sobota, 31 grudnia 2016

KOŃCZY SIĘ FUTBOLOWY ROK 2016 – JAKI BYŁ?


 
Zamiast artykułu na kilka akapitów, w zasadzie wystarczyłoby jedno słowo – magiczny. Taki dla mnie był kończący się właśnie rok. Rok, w którym w sferze futbolowych marzeń dostałam niemal wszystko, na co czekałam, co sobie wymarzyłam. W niektórych przypadkach - nawet z nawiązką (co zdarza się naprawdę rzadko)! Jasne, że znalazłoby się coś, czego mi zabrakło, zawsze coś takiego się znajdzie, gdy się na upartego szuka. Jakiś mały niedosyt, albo i nawet nieco większe rozczarowanie… Zabrakło mi chociażby zwycięstwa Bayernu w LM – żeby wreszcie mój ulubiony sportowiec mógł z dumą unieść ten upragniony puchar, który jest obiektem pożądania chyba każdego piłkarza na tej planecie. Szkoda – kolejne podejście i znowu niepowodzenie. Albo ten nieszczęsny konkurs rzutów karnych z Portugalią na Euro… Brak słów.
Ale nie ma co rozpamiętywać tego, czego nie do końca udało się zrealizować, albo zastanawiać się uparcie nad tym „co by było, gdyby”. Po prostu, nawet jeśli futbolowy rok 2016 miał jakieś tam swoje minusy, niedociągnięcia, czy inne braki, to przecież zostały one w fantastyczny sposób zrekompensowane przez cały szereg „plusów”, cudownych, przepełnionych emocjami chwil boiskowego szaleństwa. Chwil, które na zawsze zapiszą się w naszej pamięci i do których to będziemy wracać latami. Nieprawdaż?
(...)

Generalnie można powiedzieć, że mamy mnóstwo powodów do dumy i radości – ponieważ polscy piłkarze grający w kadrze i w renomowanych europejskich klubach, nie zawiedli. Nie możemy także narzekać na naszych reprezentantów w europejskich pucharach. Co prawda tylko jeden polski klub zdołał zakwalifikować się do fazy grupowej tych rozgrywek, ale za to – pomimo początkowych trudności i niepowodzeń – zdobywając 4 punkty i zajmując trzecie miejsce w grupie, zapewnił sobie kontynuację przygody pucharowej na wiosnę. Legia Warszawa, bo to o niej oczywiście mowa, zagra w lutym z Ajaxem Amsterdam w 1/16 Ligi Europy. Już dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że to będzie pasjonujący dwumecz! Ja w każdym razie, choćby ze względu na osobę Miroslava Radovicia, już dziś nie mogę się doczekać! No i rzecz jasna, nie mam najmniejszych wątpliwości, że ekipa Jacka Magiery wyjdzie z tej potyczki zwycięsko.
(...)"
 
Zapraszam serdecznie - obowiązkowa lektura na Sylwestra i nie tylko! ;)
A tak w ogóle to...
Wszystkiego dobrego w nadchodzącym
Nowym Roku 2017!!!