Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 17 stycznia 2017

FOOT DRAIN - chińska ofensywa transferowa


 

SZCZYPTA FUTBOLOWEJ EKONOMII NA POCZĄTEK

Termin „brain drain”, czyli po polsku „drenaż mózgów”, funkcjonuje w ekonomi już od półwiecza. Jak możemy przeczytać w Wikipedii, oznacza on zjawisko „skłaniania specjalistów wysokiej klasy do podejmowania pracy w krajach  uprzemysłowionych przez zapewnienie im lepszych warunków ekonomicznych i nowoczesnej organizacji pracy”.

Na potrzeby poniższego tekstu, pozwoliłam sobie stworzyć termin analogiczny, który z powodzeniem można by przenieść na grunt futbolowych realiów:  „Foot drain” – czyli „drenaż nóg”.

Na czym miałby polegać ów  chiński „Foot drain”?

Na tym, że także kusi się pieniędzmi tych, których chce się do siebie ściągnąć, w celu osiągnięcia konkretnych korzyści. Tylko że zamiast „tęgich głów”, Chińczycy podbierają zachodniej cywilizacji… "kopaczy”!
 
 

Chińska aktywność na piłkarskim rynku transferowym jest naprawdę imponująca i zdumiewająca. Choć z drugiej strony, jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie pieniądze stoją za tą ofensywą ściągania do Chinese Super League  kolejnych piłkarzy z Europy, czy Ameryki Pd., to wówczas przestaje dziwić cokolwiek. Wiadomo, że pieniądz czyni cuda, a jego „właściwości magnetyczne” znane są nie od dziś!
 

A zatem drenaż europejskich (głównie) boisk nabiera rozmachu i zatacza coraz większe kręgi. Można powiedzieć: lawina ruszyła i raczej nic już nie będzie w stanie jej zatrzymać. Mechanizmy, w których siłą napędową, głównym paliwem, są pieniądze (wręcz niewyobrażalne),  działają na coraz wyższych obrotach, zwiększając swoje moce przerobowe . A te wydają się nieograniczone, bezkresne wręcz - jak całe wielkie Państwo Środka. Choć zamiast tego historycznego określenie najludniejszego kraju świata, bardziej pasowałby dziś termin użyty przez jedną z niemieckich gazet: „państwo środków”. Bo to jest w rzeczywistości kraj nie tylko olbrzymich możliwości, ale przede wszystkim, dysponujący już w tej chwili niewyobrażalnymi wręcz środkami, z których część przekierowywana jest na rynek piłkarski właśnie.
 



Z każdym rokiem Chiny w coraz większym stopniu starają się zdominować świat, zalewając rynek swoimi nie zawsze wysokiej jakości, ale za to  konkurencyjnymi cenowo, produktami. Można by z przekąsem stwierdzić, że aby równowaga w przyrodzie została zachowana, w zamian Chińczycy ściągają do siebie coraz więcej piłkarzy. Głównie są to już gracze zaawansowani wiekowo i w europejskim futbolu nie odgrywający pierwszoplanowej roli. Jednak te tendencje się zmieniają i wśród zwerbowanych, pojawiają się coraz bardziej znamienite nazwiska. Wydaje się, że kwestią czasu jest, kiedy do Azji przeniosą się ci najwięksi…

 

CHIŃSKIE MOTTO NA DZIŚ: SPROWADZAJMY CO SIĘ DA!

Chińskie kluby są gotowe wyłożyć praktycznie każde pieniądze na gwiazdy najpopularniejszej dyscypliny sportu. Na samych zawodnikach jednak nie poprzestają. W kraju za Wielkim Murem pracuje już wielu znanych szkoleniowców, których także udaje się skusić potężnymi gażami i atrakcyjnymi warunkami pracy. Na świecie jest tylko trzech trenerów, których gaże za sezon przekraczają 10 mln funtów – jednym z nich jest Andre Villas-Boas. Portugalczyk, mający za sobą pracę m.in. w Chelsea, czy ostatnio w Zenicie Petersburg, w rok ma zarabiać w Shanghai Shenhua 11 mln funtów.



Piłkarze, trenerzy, ostatnio nawet pojawiła się w mediach informacja o zamiarach ściągnięcia do Chin jednego z sędziów angielskiej PL… Wydaje się, że jeszcze tylko kibice nie są kuszeni darmowym chińskim piwem i kiełbaską, by w zamian brali czynny udział w budowaniu nowej potęgi futbolu i tłumnie przeprowadzali się na wschód. Ale może już i takie projekty kiełkują w głowach decydentów budujących wizerunek Chinese Super League …?   W obliczu tylu absurdalnych (z naszego, europejskiego punktu widzenia) posunięć, jedna ekstrawagancja więcej, nie powinna już jakoś wybitnie zaskakiwać.

Zapyta ktoś – jakim cudem Chińczyków na to wszystko stać? I czy aż tak wysokie sumy transferów mają jakiekolwiek ekonomiczne uzasadnienie?
 
 

Odpowiedź wydaje się dość prosta. Tempo rozwoju gospodarczego w Chinach jest imponujące, a wielkość inwestowanych środków nie ma sobie równych w skali całego globu. Po prostu można powiedzieć, że dziś państwo z Dalekiego Wschodu wiedzie prym w światowej gospodarce. A zatem – czy w obliczu takich możliwości finansowych Chińczyków, może jeszcze kogoś dziwić wysokość rekordowych transferów, o których ostatnio zrobiło się głośno w futbolowym świecie? I wcale nie chodzi tutaj o popularne powiedzonko: „kto bogatemu zabroni?”. Można przecież domyśleć się, że skoro biznesmeni z Chin chcą płacić aż tak bajońskie sumy, to widocznie widzą w tym sens i najzwyczajniej w świecie im się  to opłaca. Zakup piłkarza, to nic innego jak inwestycja, a futbol to po prostu biznes jak każdy inny…  Wiadomo – nie brzmi to zbyt romantycznie. Raczej to brutalna prawda o bezwzględnej grze na futbolowym rynku, gdzie nie liczą się sentymenty, tylko liczone w milionach euro/funtów/dolarów zyski. I oczywiście mowa tutaj zarówno o klubach, jak i samych piłkarzach, których udało się skusić intratnymi kontraktami.

 

BUNT I OBURZENIE TYCH, CO SAMI NIE SĄ BEZ GRZECHU…

Tu i ówdzie słychać głosy oburzenia, a nawet sprzeciwu wobec tak agresywnej i bezwzględnej polityki transferowej praktykowanej za Wielkim Murem. Że to niby nieetyczne, niemoralne, niehonorowe…  Że takie postępowanie niszczy futbol, jest zagrożeniem dla całego piłkarskiego świata, którego głównym ośrodkiem, takim odwiecznym centrum, była Europa. Niedawno głos w sprawie zabrał manager Chelsea Londyn, Antonio Conte:

Tego typu oferty są niewiarygodne. Nie ma się co dziwić, że zawodnikom ciężko powiedzieć nie. Jeśli mam być szczery, to wszystko nie jest w porządku. Do pieniądza trzeba mieć szacunek. Tymczasem pojawiają się takie propozycje. Nie zgadzam się z tym. Chiński rynek jest zagrożeniem dla wszystkich. Dla wszystkich drużyn na świecie, nie tylko dla Chelsea”.

Niby nie sposób się nie zgodzić z powyższymi słowami… Czy jednak przypadkiem, w takich „lamentach” nie ma odrobiny hipokryzji i zapominania o własnych, w sumie dość podobnych metodach, które najbogatsze kluby z Wysp, stosują wobec tych, których budżety nie  mają najmniejszych szans na konkurowanie z potęgami? Może i skala inna, ale zasady wydają mi się podobne…

Staremu Kontynentowi trudno się pogodzić z tym, że dziś ten środek futbolowej  ciężkości przesuwa się coraz bardziej na wschód…  Cóż może jednak dziś zrobić nasza biedna (a z pewnością biedniejsza od Chin) Europa prócz biernego przyglądania się temu, jak kolejni piłkarze wciągani są przez chiński odkurzacz transferowy? Chyba nic. Choć brzmi to okrutnie i bezdusznie, a bezradność jest frustrująca jak diabli, to nie wydaje mi się, aby istniały jakieś formalno-prawne hamulce, zdolne zatrzymać rozpędzoną machinę, która zasysa piłkarzy, a następnie stara się maksymalnie wykorzystać ich sportowy, ale także wizerunkowy potencjał. Jedynie jakieś klauzule w kontraktach zawodników mogłyby ewentualnie stanowić jakąś zaporę. Albo sami Chińczycy, a właściwie ich ustawodawstwo, które właśnie poczyniło mały kroczek w tym kierunku. Jak informują lokalne media, chińska federacja piłkarska, naciskana przez przedstawicieli chińskiego rządu, zdecydowała się na zmniejszenie limitu obcokrajowców. Konkretnie chodzi o to, że dotychczasowy limit to było 3 obcokrajowców + jeden piłkarz z Azji. Od teraz ma być tylko 3 obcokrajowców na boisku i na tym koniec! Jakby tego było mało, w chińskim światku futbolowym krążą plotki, mówiące o możliwym ograniczeniu przez rząd wydatków na transfery czy też wprowadzenie tzw. „salary cap”, czyli limitu wysokości pensji zawodników. Takie informacje podał przedwczoraj (15 stycznia) portal Transfery.info. Zwłaszcza ta ostatnia „groźba” chińskiego rządu wydaje się być najskuteczniejszym antidotum na europejski ból głowy. Problem bowiem może rozwiązać się sam, przynajmniej częściowo. Na razie to jednak tylko spekulacje…

 

MARKETING I REKLAMA – COŚ , CO NAPĘDZA FUTBOLOWY BIZNES

Jeśli chodzi o wspominany wcześniej wizerunek -  trzeba zaznaczyć, że reklama, sponsorzy i potencjalne korzyści ze sprzedaży wszelkiego rodzaju gadżetów sygnowanych nazwiskiem gwiazd futbolu, to obok czysto piłkarskich umiejętności, druga strona transferowego medalu. Warto o tym pamiętać, zanim zaczniemy się dziwić, dlaczego ktoś jest skłonny wyłożyć 300 mln euro za zawodnika, który już z racji wieku do perspektywicznych nie należy, a i z formą też nie zawsze u niego najlepiej… Jak więc to możliwe, ze takiemu Ronaldo (bo to o nim właśnie mowa), oferuje się 100 mln euro rocznej pensji – mniej więcej 5 razy tyle, ile jest w stanie zaoferować swoim najlepszym piłkarzom Europa? Jak wytłumaczyć fakt, że chiński klub oferuje Realowi za tego piłkarza 300 mln euro? Choć akurat tę ostatnią informację Fiorenino Perez, prezes klubu ze stolicy Hiszpanii, zdementował ostatnio. Twierdził, że do klubu nie wpłynęła żadna oficjalna oferta za zawodnika, który w minionym roku zgarnął wszystkie możliwe do zdobycia trofea. Natomiast niewątpliwie Chińczycy próbowali negocjować z samym zawodnikiem, co potwierdził agent Ronaldo.

A zatem – dlaczego Chińczycy są aż tak hojni i tak chętnie oferują tak ogromne pieniądze? Odpowiedź jest banalnie prosta i zawiera się w pięciu tylko słowach: bo to jest Cristiano Ronaldo. Nie Jan Kowalski, ale NAZWISKO, które niczym magiczna  różdżka napędza futbolową koniunkturę, zwiększa sprzedaż klubowych pamiątek, koszulek itp., jak magnez przyciąga na stadiony…

Do tego transferu jednak nie dojdzie. Przynajmniej na razie. Podobnie jak w przypadku Roberta Lewandowskiego, którego agent, Cezary Kucharski twierdził niedawno w jednym z wywiadów, że:

„Dzwonił do mnie agent zajmujący się ściąganiem gwiazd do chińskiej ligi. Nie padła nazwa klubu, poruszyliśmy tylko kwestię możliwości finansowych. Gdyby "Lewy" zdecydował się na przejście do Chin już teraz, mógłby liczyć na pensję wyższą niż otrzymał Carlos Tevez „

To wypowiedź Kucharskiego dla WP Sportowe Fakty.

Nietrudno się domyśleć, kto, prócz agentów piłkarzy, najbardziej ucieszyłby się z możliwości przeprowadzenia takich transferów. Sponsorzy. Ileż by dali, by spełnić swe marzenia o poszerzeniu swoich wpływów i wkroczyć z pompą na tak ogromny rynek, jakim bez wątpienia jest rynek chiński!

 

KONKRETNE LICCZBY, FAKTY, NAZWISKA

Czas już najwyższy zarzucić rozważania o tym, co nadal pozostaje w sferze spekulacji i póki co nierealnych chińskich pragnień, a p czy domysłów i przejść do konkretów, czyli transferów już „zaklepanych” .  Światowy top, jeśli chodzi o finanse piłkarzy prezentuje się dość osobliwie, sumy mogą przyprawić o zawrót Glowy…
 

Największe zarobki w Chinach (roczne):

1.    Carlos Tevez : 38 M€

2.    Ezequiel Lavezzi : 26 M€

3.    Oscar : 25 M€

4.    Hulk : 20 M€

5.    Gervinho/Witsel : 18 M€

6.    Graziano Pelle 16  M€ 
 
 
 
Cały artykuł (a w nim jeszcze więcej ciekawych liczb, nazwisk i przemyśleń) można przeczytać na MFM - KLIKNIJ TUTAJ
Zapraszam!

sobota, 31 grudnia 2016

KOŃCZY SIĘ FUTBOLOWY ROK 2016 – JAKI BYŁ?


 
Zamiast artykułu na kilka akapitów, w zasadzie wystarczyłoby jedno słowo – magiczny. Taki dla mnie był kończący się właśnie rok. Rok, w którym w sferze futbolowych marzeń dostałam niemal wszystko, na co czekałam, co sobie wymarzyłam. W niektórych przypadkach - nawet z nawiązką (co zdarza się naprawdę rzadko)! Jasne, że znalazłoby się coś, czego mi zabrakło, zawsze coś takiego się znajdzie, gdy się na upartego szuka. Jakiś mały niedosyt, albo i nawet nieco większe rozczarowanie… Zabrakło mi chociażby zwycięstwa Bayernu w LM – żeby wreszcie mój ulubiony sportowiec mógł z dumą unieść ten upragniony puchar, który jest obiektem pożądania chyba każdego piłkarza na tej planecie. Szkoda – kolejne podejście i znowu niepowodzenie. Albo ten nieszczęsny konkurs rzutów karnych z Portugalią na Euro… Brak słów.
Ale nie ma co rozpamiętywać tego, czego nie do końca udało się zrealizować, albo zastanawiać się uparcie nad tym „co by było, gdyby”. Po prostu, nawet jeśli futbolowy rok 2016 miał jakieś tam swoje minusy, niedociągnięcia, czy inne braki, to przecież zostały one w fantastyczny sposób zrekompensowane przez cały szereg „plusów”, cudownych, przepełnionych emocjami chwil boiskowego szaleństwa. Chwil, które na zawsze zapiszą się w naszej pamięci i do których to będziemy wracać latami. Nieprawdaż?
(...)

Generalnie można powiedzieć, że mamy mnóstwo powodów do dumy i radości – ponieważ polscy piłkarze grający w kadrze i w renomowanych europejskich klubach, nie zawiedli. Nie możemy także narzekać na naszych reprezentantów w europejskich pucharach. Co prawda tylko jeden polski klub zdołał zakwalifikować się do fazy grupowej tych rozgrywek, ale za to – pomimo początkowych trudności i niepowodzeń – zdobywając 4 punkty i zajmując trzecie miejsce w grupie, zapewnił sobie kontynuację przygody pucharowej na wiosnę. Legia Warszawa, bo to o niej oczywiście mowa, zagra w lutym z Ajaxem Amsterdam w 1/16 Ligi Europy. Już dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że to będzie pasjonujący dwumecz! Ja w każdym razie, choćby ze względu na osobę Miroslava Radovicia, już dziś nie mogę się doczekać! No i rzecz jasna, nie mam najmniejszych wątpliwości, że ekipa Jacka Magiery wyjdzie z tej potyczki zwycięsko.
(...)"
 
Zapraszam serdecznie - obowiązkowa lektura na Sylwestra i nie tylko! ;)
A tak w ogóle to...
Wszystkiego dobrego w nadchodzącym
Nowym Roku 2017!!!
 

 


czwartek, 22 grudnia 2016

„Lewy” poprawia statystyki, pisząc od nowa historię Bundesligi!


 

W meczu kończącym tegoroczne rozgrywki niemieckiej Bundesligi (21 grudnia), padł dość istotny dla naszego reprezentanta gol. Robert Lewandowski z rzutu karnego podwyższył prowadzenie Bayernu Monachium na 3-0 w starciu przeciwko wiceliderowi tabeli, RB Lipsk. (...)
Tym samym Robert Lewandowski zrównał się w klasyfikacji wszechczasów najlepszych strzelców Bundesligi z legendarnym Giovane Elberem. Obaj mają na koncie po 133 trafienia – co daje im ex aequo 20 miejsce w tym rankingu.
 
Jeśli zaś chodzi o zestawienie piłkarzy spoza Niemiec, Elber i Lewandowski plasują się na drugiej pozycji. Obcokrajowcem, którzy może poszczycić się większą ilością zdobytych na bundesligowych boiskach goli, jest Claudio Pizarro (190 bramek).
 
A zatem, aby dogonić Pizarro, Robert potrzebuje dokładnie 57 trafień. Nie będzie to łatwe, tym bardziej, że 38-letni Peruwiańczyk teoretycznie nadal ma szansę powiększyć swój bramkowy dorobek, gdyż wciąż kontynuuje karierę jako zawodnik Werderu Brema.
Nasz kapitan jednak lubi takie wyzwania i wydaje się, że poprawianie statystyk oraz pisanie historii Bundesligi na nowo, to jego hobby. Jeśli więc ktoś miałby przebić wyczyn Pizarro, to jestem pewna, że będzie to właśnie "Lewy" – no bo kto, jeśli nie on?
 
 
Tym razem króciutka notka. Nieco więcej i bardziej "kolorowo" (zdjęcia) na
 

niedziela, 4 grudnia 2016

Rado w Legii – syn marnotrawny wraca do domu a z nim wszystko, co w futbolu najlepsze!

KRÓL ASYST, KSIĄŻĘ BRAMEK
Naprawdę fantastyczne statystyki notuje Miroslav Radović po swoim powrocie do Legii Warszawa. Można śmiało zaryzykować tezę, że jest to comeback w iście hollywoodzkim stylu – efektowny, w blasku fleszy, przy aplauzie publiczności, wyrazistych komentarzach w mediach. Piękniejszego powrotu do ukochanego klubu Radović nie mógłby chyba sobie wymarzyć. Choć początkowo łatwo nie było i wydawało się, że jednak Serb do Warszawy będzie mógł przyjeżdżać jedynie w roli kibica, czy turysty… Droga powrotna z chińskiego Hebei China Fortune, do którego filar Legii został sprzedany wiosną 2015 r., biegła bowiem przez słoweńską Olimpiję Lublana (przystanek od lutego do czerwca 2016 r.) i serbski Partizan Belgrad (zaledwie kilka tygodni, od lipca do 29 sierpnia 2016 r. – kiedy to rozwiązano umowę, gdy piłkarz zdecydował się ponownie związać z Legią Warszawa). Dużo zresztą o tym mówić – kulisy negocjacji przy rozwiązywaniu kontraktu z Partizaznem i podpisywaniu umowy z Legią, to materiał na odrębny tekst i gotowy materiał na scenariusz filmowy… Ale to już historia. Zostawmy burzliwe, bolesne w skutkach i traumatyczne dla kibiców rozstanie Rado z Legią. Pomińmy milczeniem jego tułaczkę po futbolowym świecie na przestrzeni tych kilkunastu miesięcy jego nieobecności przy Łazienkowskiej 3. Dziś liczy się jedynie to, że wrócił, jest w formie, napędza ataki Legii, asystuje, strzela piękne i ważne gole. Kibice znowu go kochają i chyba dosyć szybko wybaczyli mu, że kiedyś, mimo deklaracji o miłości i przywiązaniu do klubowych barw, wybrał intratną ofertę z Chin. No i - co bardzo istotne - liczby potwierdzają, że włodarze Legii podpisując z Radoviciem drugą już z kolei umowę, zrobili bardzo dobry ruch transferowy! 32-latek asystuje i strzela jak z nut:
Klasyfikacja legionistów, którzy asystowali przy golach w sezonie 2016/17 (we wszystkich rozgrywkach):


7 - Miroslav Radović (5 w
LOTTO Ekstraklasie, 2 w Lidze Mistrzów)
5 - Thibault Moulin, Vadis Odjidja Ofoe
4 - Aleksandar Prijović
3 - Tomasz Jodłowiec, Kasper Hamalainen, Bartosz Bereszyński
2 - Michaił Aleksandrow, Michał Kucharczyk, Guilherme, Łukasz Broź
1 - Steeven Langil, Adam Hlousek, Michał Kopczyński
 
Klasyfikacja strzelców Legii Warszawa w sezonie 2016/17 (we wszystkich rozgrywkach):

15 - Nemanja Nikolić
7 - Aleksandar Prijović
6 - Miroslav Radović (4 w LOTTO Ekstraklasie, 2 w Lidze Mistrzów)
5 - Guilherme
4 - Michał Kucharczyk, Kasper Hamalainen
2 - Vadis Odjidja Ofoe
1 - Michaił Aleksandrow, Igor Lewczuk, Steeven Langil, Jakub Czerwiński, Thibault Moulin
Wystarczyło zaledwie kilka tygodni, by Miroslav Radović na powrót stał się idolem trybun, liderem zespołu i jednym z asów w talii Jacka Magiery.
 
NO RADO, NO FUN…
Ponoć w jednym z ostatnich wywiadów Aleksandar Prijović miał rzecz: „No Prijo, no fun”. Parafrazując legijnego klasyka, można by powiedzieć: „No Rado, no fun…” Bez Radowicza trudno o dobrą zabawę, zwłaszcza, gdy remisuje się w zasadzie wygrany mecz… W zamian za to jest gigantyczne rozczarowanie i frustracja – bo przecież Legia przed piątkowym starciem z Wisłą Płock była murowanym faworytem, pewniakiem nad pewniaki! A jednak przy korzystnym dla siebie wyniku 2:0, pozwoliła sobie wbić dwa gole nie strzelając już żadnego i w efekcie straciła punkty z beniaminkiem z Płocka. A przecież ekipa Magiery wydawała się w ostatnich tygodniach nie do zatrzymania, w polskiej Ekstraklasie nie było na nią mocnych (wygranych z rzędu 5 ostatnich spotkań). Wystarczyło jednak, aby zabrakło mistrza kluczowych podań i mamy w lidze niemałą niespodziankę! Oczywiście na placu boju pojawili się dwaj inni wirtuozi w tej materii – Vadis Odjidja-Ofoe i Kasper Hämäläinen i nawet przyzwoicie się zaprezentowali. Jednakże do euforii po meczu sporo Legionistom brakowało, delikatnie mówiąc… Na trybunach także trudno było doszukać się radości, bo jak to pokazuje życie – bez Radovicia nie ma zabawy…
(...)