Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 7 stycznia 2018

Plebiscyt Przeglądu Sportowego – czyli podział na dwa obozy


Plebiscyt Przeglądu Sportowego stał się pretekstem do kolejnej wojenki polsko-polskiej. Jego wyniki wzbudzają tak niezdrowe i tak żenująco nieadekwatne do tej skądinąd pozytywnej sytuacji, niezdrowe emocje, że to aż momentami przerażające...
Napawa mnie to coraz większym smutkiem i wzbudza niesmak.

Jesteśmy naprawdę wybitnie uzdolnionym narodem, nie ma co do tego wątpliwości! Zwłaszcza gdy przychodzi wykazać się nam na polu absurdalnych kłótni i sporów o coś, co powinno być powodem do wspólnej radości i dumy, a zamiast tego – dzieli... 
No właśnie, podziały i przesadnie ostre zróżnicowanie stanowisk w kwestii dotyczącej zwyczajnego plebiscytu. Znowu jesteśmy skłóceni i w narodowym zacietrzewieniu staramy się zająć jak najbardziej dogodne pozycje po którejś ze stron barykady, przyłączając się do jednego z dwóch wrogich sobie obozów... 
Tak, jakby mało nam było jeszcze podziałów politycznych...



Obóz zwolenników talentu i dokonań Kamila Stocha, w kontrze do tego, co udało się na przestrzeni minionego roku osiągnąć Robertowi Lewandowskiemu. Grupa zachwyconych kreacją Anny Lewandowskiej w opozycji do tych, których zauroczyła stylizacja Ewy Bilan-Stoch.
Tak, jakby sportowe sukcesy jednych, wykluczały czy dyskredytowały to, co prezentują inni. Tak jakby to, jak wypadnie na gali żona jednego sportowca, automatycznie przekreślało występ drugiej. A przecież w niemal 40-milionowym narodzie jest miejsce zarówno dla fanów Kamila, jak i Roberta. Na zorganizowanej z takim rozmachem imprezie, może brylować każda z żon naszych Mistrzów. Jasne, że możemy oceniać te ich osiągnięcia, zasługi, wystąpienia i wypowiedzi. Ale sposób, jaki to robimy, niestety często sięga poziomem słownego rynsztoka...
I to jest po prostu przykre, zwyczajnie smutne i beznadziejnie niepoważne.

Ktoś może próbować zarzucić mi stronniczość, bo nigdy nie ukrywałam swojej sympatii dla Lewego i podziwu dla tego, co udało mu się osiągnąć. Nie do przecenienia jest dla mnie jego rola zarówno w narodowej reprezentacji, jak i kadrze Bayernu Monachium.
Wszystko to nie oznacza jednak, że na postać naszego czołowego piłkarza, patrzę zawsze bezkrytycznie i zgadzam się każdym jego zachowaniem i wypowiedzią. To samo tyczy się jego żony, Anny. Każdemu zdarzają się niefortunne sformułowania, czy słowne wpadki. Być może wczoraj Anna Lewandowska mogła bardziej dyplomatycznie się zachować, być może powinna bardziej powściągliwie udzielać wywiadów, skuteczniej ukrywać pewne emocje... Być może. Ale, na litość boską, czy naprawdę aż tak wielką zbrodnię popełniła wczorajszego wieczoru, żeby narazić się na taką falę szyderczych, czasem nienawistnych wręcz komentarzy? 

 
Żeby było jasne, przy całym moim szacunku i podziwie dla Roberta, to akurat do fanek jego żony nie należę. Mimo to, uważam, że wczoraj nie zrobiła niczego niestosownego. Jest tylko człowiekiem, a świadomość występu na gali oglądanej przez miliony osób musi wywoływać dodatkowy stres. Że nie potrafiła ukryć rozczarowania? Że nie ma zdolności aktorskich pozwalających jej zatuszować prawdziwe emocje? Że kibicuje swojemu własnemu mężowi i w jej odczuciu to właśnie on zasługiwał na najwyższą notę? Że później w wywiadzie szczerze przyznała, że po cichu i „w głębi serca” liczyli oboje z Robertem na coś więcej?
Oto jej wczorajsze „grzechy”, dla niektórych – niewybaczalne!
Pewnie lepiej by wypadła, gdyby jak rasowa hipokrytka udawała fałszywą skromność i powiedziała np., że nie śmiała nawet marzyć o pierwszej dziesiątce, nie mówiąc o miejscu na podium...

A Ewa Bilan-Stoch? Czy gdyby wyniki plebiscytu okazały się odwrotne, cokolwiek by w swoim występie zmieniła? Nie sądzę. Bo dla niej Kamil zapewne jest mistrzem i jej osobistym bohaterem bez względu na wyniki jakichkolwiek głosowań czy zawodów. Każdy, kto kiedykolwiek uprawiał sport i ma świadomość, czym jest trening, wyrzeczenia i systematyczna praca, wie o czym mówię. Każdy, kto z bliska przygląda się życiu sportowego mistrza, musi to docenić. Zwłaszcza żony sportowców. A że Pani Ewa przy okazji w swojej góralskiej stylizacji wyglądała po prostu obłędnie – to w sumie nie dziwi, że zebrała aż tak dobre recenzje. Jak dorzucimy do tego jeszcze fakt, że data plebiscytu zbiegła się ze wspaniałym triumfem naszego fenomenalnego skoczka, to oczywiste jest, że jej wystąpienie musiało wypaść co najmniej dobrze.
I w tym momencie nie mogę powstrzymać się od zadania retorycznego pytania: czy gdyby plebiscyt odbył się w dniu awansu na mundial, jego wynik byłby taki sam...?



Sam wynik jednak w tym momencie jest dla mnie kwestią drugorzędną. Nie o to chodzi, kto wygrał, na kogo głosowało więcej osób. Cieszę się z sukcesu Kamila Stocha i nie mam nic przeciwko temu, że na fali tego sukcesu, został on wybrany najlepszym polskim sportowcem. Licytowanie się która dyscyplina sportu jest ważniejsza, a które sportowe osiągnięcie większe, nie ma większego sensu. Tego po prostu nie da się zmierzyć. Liczy się to, ile osób na kogo zagłosuje. Na Kamila Stocha zagłosowała większa liczba, więc należy ten wybór uszanować. Nawet jeśli nasze osobiste preferencje są inne.

Szkoda, że nie każdy z nas potrafi cieszyć się czystą radością z faktu, że w ostatnich latach przybywa nam wybitnych sportowców i coraz częściej osiągają oni sukcesy na arenie międzynarodowej. Dlatego właśnie tego typu plebiscyty siłą rzeczy muszą wzbudzać kontrowersje. Przykre jednak, że emocje, które temu towarzyszą, są aż tak negatywne...
Coś mi mówi, że jako naród, bylibyśmy bardziej zgodni i bardziej szczęśliwi, gdybyśmy... aż tylu powodów do radości i dumy nie mieli. Paradoksalnie. Gdybyśmy zamiast dwóch fantastycznych, wybitnie utalentowanych i ambitnych sportowych gladiatorów, którzy są najwspanialszą wizytówką naszego kraju, nie mieli nikogo o tak ogromnych potencjale. Albo tylko jednego z nich. Bo, jak pokazuje ta sytuacja, nadmiar szczęścia i sportowych sukcesów, ewidentnie nam nie służy. Nadmiar wielkich nazwisk, pięknych chwil sportowych triumfów i sukcesów, wyzwala w nas bardzo niedobre emocje i daje pretekst do tworzenia kolejnych podziałów – takich dyskusyjnych okopów nawet na tym sportowym, dotychczas na ogół neutralnym gruncie...
Szkoda...

niedziela, 3 września 2017

Kilka refleksji po porażce z Danią


 
 
PO PIERWSZE – PRZYCZYNY…
Nie ma jednej przyczyny tej spektakularnej porażki, nie można też wskazać jednego "kozła ofiarnego" i  z niezdrowym podnieceniem pastwić się nad nim...
Na to, że przegraliśmy, składa się wiele elementów i faktów - słaba forma większości zawodników, zbieżność w czasie z, bardzo nerwową dla niektórych, końcówką okienka transferowego, problemy zdrowotne niektórych piłkarzy, złe wejście w mecz, być może niewłaściwa taktyka, być może nietrafne zmiany, itp.,itd.
Można by tak pewnie jeszcze długo wymieniać i snuć niekończące się dywagacje...
Być może słabszy dzień naszych  i jednocześnie najlepszy Duńczyków, których determinacja, waleczność i konsekwentne realizowanie założeń taktycznych trenera, przyniosło piękny (dla nich) efekt...
Czasem po prostu tak jest - gdy jednym nic nie wychodzi, jak to się mówi: „nie idzie”, a inni wręcz wprawiają w osłupienie skutecznością... Dziś Duńczycy są w niebie i już rezerwują sobie w Rosji hotele, ich media pieją z zachwytu. A ja mówię: spokojnie, to tylko jeden mecz eliminacji, one jeszcze się nie skończyły. I póki co, to wciąż Polska lideruje grupie!
 
PO DRUGIE – PORAŻKA TO NIE ZAWSZE DRAMAT…
Jeśli ktoś liczył, że kadra, która tyle razy pozytywnie nas zaskakiwała, już nigdy nie da nam powodów do smutku i zmartwień, no to... się przeliczył. Albo żyje w oderwaniu od rzeczywistości i zasad/praw sportowej rywalizacji. A są one bardzo proste; żeby ktoś mógł wygrać, ktoś inny musi przegrać... Wygrywać chce każdy. Ale nie zawsze to musi być faworyt. Gdyby tak było, zakłady bukmacherskie nie miałyby racji bytu ;)
A tak poważnie - taki mecz musiał kiedyś przyjść. Ktoś powie: porażka ok., ale czemu tak bolesna, po tak beznadziejnej, wręcz beznamiętnej grze? Grze, podczas której nie uświadczyliśmy nawet jednej stuprocentowej sytuacji bramkowej, mało tego – ciężko było doszukać się jakichkolwiek strzałów na bramkę rywala…??? Atak nie istniał, środek pola ział pustką, a obrona zagubiona jak nigdy. Jakby naszym Orłom ktoś odciął prąd, albo przynajmniej wyłączył jedną fazę… Albo jeszcze inaczej – jakby jakiś piłkarski bóg celowo postanowił ich upokorzyć, sprowadzić na ziemię, zafundować w Kopenhadze prysznic w iście skandynawskiej temperaturze. Można tylko zastanawiać się po co – ze złośliwości, czy troski? Tak, tak – to wcale nie musi być nic złego, a wręcz przeciwnie. Taka sytuacja może przecież przynieść pozytywne rezultaty, skłonić do głębsze refleksji, wskazać elementy do poprawy, dąć szansę na wyciągnięcie właściwych wniosków. Ponoć wszystko jest w życiu po coś – jeśli lanie z Danią jest po to, żeby w przyszłości uniknąć pewnych błędów, to ja jestem za! Zresztą, porażka, choć dotkliwa, bez większych konsekwencji. Jeśli już od czasu do czasu musimy przegrywać, to lepiej teraz, niż w bardziej kluczowych momentach.
To prawda, sama byłam zaskoczona i z niedowierzeniem patrzyłam na grę zespołu, który zdążył już przyzwyczaić nas wszystkich nie tylko do lepszej postawy, ale wręcz zasiał w naszych sercach pewność, że takie 0:4 z Danią w ogóle nie ma prawa się wydarzyć. Otóż, jak się okazuje, ma prawo, jak najbardziej. I już nie takie klasowe i utytułowane drużyny, jak Polska, w swej historii tego doświadczały. Może wystarczy przypomnieć pamiętne 7:1 w półfinale ostatniego mundialu, gdzie Niemcy dosłownie roznieśli w pył 5-krotnego tryumfatora Mistrzostw Świata! Rzecz jasna, mowa o zdemolowanych wówczas, kompletnie rozbitych, zdeklasowanych i upokorzonych Brazylijczykach. Czy wówczas ktokolwiek przy zdrowych zmysłach, byłby w stanie przewidzieć taki scenariusz?
 
PO TRZECIE – KRYTYKA…
Czy kibice, postronni obserwatorzy stadionowych zmagań, mają w ogóle prawo krytykować piłkarzy i trenerów? Czy taki amator, jakim jest statystyczny fan polskiej reprezentacji, jest w stanie właściwie ocenić pracę profesjonalistów, którzy na boisku spędzili tysiące godzin, grają w świetnych europejskich klubach, z niejednego pieca jedli chleb, a ich trener, to nie teoretyk, tylko mający ogromne doświadczenie praktyczne (i spore osiągnięcia) fachowiec? Czy wreszcie ktoś z zewnątrz, kto tak naprawdę nie ma pojęcia o specyfice funkcjonowania tej drużyny (także, a może przede wszystkim, w aspekcie mentalnym), może właściwie ocenić sytuację i ochoczo wskakiwać w buty selekcjonera, ustalając za niego najpierw wyjściowy skład, a potem decydując o (jego zdaniem) optymalnych zmianach w trakcie spotkania?
Odpowiedź brzmi: tak, może. Tak samo, jak może na swojej kanapie przed telewizorem popijać zimne piwko zagryzając chipsami ;) Jego  święte prawo. Albo stukając w klawisze komputera, poczuć się jak Pan i Władca, po odniesieniu kolejnego sukcesu w grze Football Manager...
Może też bawić się, angażując w to wyobraźnię i snując dywagację  na temat: „co by było gdyby”, albo „ja na miejscu Nawałki, to zrobiłbym…”, „ten się nie nadaje”, dałbym szansę tamtemu”, itd…
Wszystko pięknie, mamy prawo oceniać, krytykować nawet (ale nie obrażać), dzielić się spostrzeżeniami, nawet podsuwać własne rozwiązania i pomysły na tę kadrę. Możemy nawet, czysto teoretycznie i hobbystycznie, wchodzić w kompetencje trenera. Oczywiście jakichś w sensownych granicach, bez ubliżania innym, bez bezpodstawnych oskarżeń, bez jakiejś takiej niepotrzebnej zajadłości, zacietrzewienia i przekonania, że to mój punkt widzenia właśnie, jest tym jedynie prawdziwym i trafnym. Zawsze można przecież kulturalnie podyskutować o piłce, nawet jeśli jesteśmy tylko postronnymi obserwatorami i nie mamy ukończonych stosownych kursów, czy dyplomów. Chodzi o to, by zachować umiar w ewentualnej krytyce (w zachwycie zresztą też, gdy jest ku temu okazja). Dobrze by było, by nasze słowa były wyważone, by nie miały na celu jedynie prowokacji i zdyskredytowania oponenta w dyskusji, ale coś do tej dyskusji wnosiły, rzucały nowe światło, świeże spojrzenie, pozytywny impuls do dalszej rozmowy i wymiany myśli…
Do czego wszystkich teraz serdecznie zachęcam!

poniedziałek, 31 lipca 2017

Recenzja cyklu NAJLEPSZE KLUBY EUROPY

Niespełna dwa miesiące temu, na moim blogu opublikowałam zapowiedź poniższej recenzji wraz z przesłaną mi przez wydawnictwo Book Senso informacją prasową- LINK. Recenzja ukazuje się dopiero dziś, bo właśnie udało mi się  przeczytać wszystkie cztery książki opisujące historię ale też najnowsze dzieje klubów, z którymi w Europie liczy się dziś każdy. Potężne budżety, wspaniali piłkarze, rzesze oddanych fanów, tytuły, trofea, wspaniała historia, renoma, marka znana na całym świecie. Tak w największym skrócie można by powiedzieć o każdym z opisanych klubów, a mianowicie - o Realu Madryt, FC Barcelonie, Borussi Dortmund, czy Bayernie Monachium. Warto jednak dowiedzieć się czegoś więcej o tak legendarnych piłkarskich firmach, cofnąć się do początków ich funkcjonowania, poznać największe nazwiska piłkarzy i działaczy, którzy na przestrzeni wielu lat tworzyli historię tych futbolowych gigantów. Ja tak właśnie zrobiłam, a teraz spróbuję do tego samego zachęcić Was!
 
Tak naprawdę, to z całej serii interesował mnie tylko Bayern – stanowił swego rodzaju wabik, dzięki któremu sięgnęłam po wszystkie cztery pozycje. I dobrze się stało, że książka o klubie z Monachium jest częścią cyklu, który dość niespodziewanie trafił w moje ręce około dwóch miesięcy temu. Bo jak się później miało okazać, w czteroczęściowym pakiecie dostałam pouczającą, przyjemną i podaną w bardzo przystępnej formie lekturę, która nie tylko wzbogaciła moją futbolową wiedzę, ale przede wszystkim zapewniła mi doskonałą rozrywkę na wiele wieczorów. Czytanie do poduszki to jedna z moich ulubionych form relaksu, a nic tak nie odpręża, jak dobrze napisane ciekawe historie, nietuzinkowe biografie, kilka interesujących faktów popartych niezbędną porcją statystyk.
 
Przyznam szczerze, że po książki o tematyce sportowej, czy biografie sportowców, zaczęłam sięgać stosunkowo niedawno. Nie wiem dlaczego, ale jakoś wcześniej unikałam tego typu publikacji w przekonaniu, że po prostu są one nudne... Sportem dla mnie było albo aktywne uprawianie jakiejś dyscypliny, czy po prostu aktywność fizyczna, albo – oglądanie relacji telewizyjnych z meczów, zawodów, olimpiad itp. Czytanie o tym w aspekcie historycznym , wydawało mi się już zdecydowanie mniej interesujące. Dziś wiem, że byłam w błędzie i staram się, w miarę możliwości, nadrabiać zaległości w tej materii. Seria NAJLEPSZE KLUBY EUROPY doskonale się wpisuje w mój plan poszerzania horyzontów futbolowej wiedzy i poznawania historycznej otoczki współczesnego futbolu. Co ciekawe – zrozumiałam, że jeśli  chce się tak naprawdę i dogłębnie poznać specyfikę funkcjonowania i dzieje klubu, któremu się  kibicuje, nie sposób tego zrobić bez bliższego poznania jego rywala. I tak dla przykładu, historia Realu Madryt nigdy nie będzie pełna bez wątku rywalizacji Królewskich z Barceloną, a o współczesnej historia Bayernu Monachium, nie można mówić w oderwaniu od dziejów jego odwiecznej rywalki z Dortmundu – Borussi!
 
Wątki wzajemnej boiskowej ale i tej poza boiskowej rywalizacji, przeplatane kontrowersyjnymi nierzadko incydentami z historią i polityką w tle, wzbogacają treść i dodają pikanterii tekstom poświęconym czterem czołowym europejskim klubom.
 
Z czego wynikają animozje i wręcz otwarta wrogość na linii Real-Barca, czy na przykład Borussia-Schalke i gdzie należy doszukiwać się korzeni tej wzajemnej niechęci – tę wiedzę możemy zgłębić właśnie dzięki lekturze omawianego cyklu. 
 
To nie są tylko suche fakty, ściśnięte w tabelkach beznamiętne liczby, czy wymienione skrupulatnie nazwiska klubowych legend. Te cztery klubowe opowieści, to coś znacznie więcej – bo niemal każde opisane w nich wydarzenie przedstawione jest naprawdę na tyle interesująco i sugestywnie, że z łatwością możemy sobie wyobrazić dawne, pokryte patyną czasu historie, wątki i postacie. Wielkie piłkarskie nazwiska ożywają, niekiedy nawet stają się nam bliskie. Ja na przykład po lekturze „FC Barcelona” polubiłam bardziej piłkarza, który swego czasu lubił w kontrowersyjny sposób rozwiązywać boiskowe spory... I choć często bywał z tego powodu wyśmiewany, to jednak nie sposób odmówić mu talentu i umiejętności piłkarskich. W dodatku urzekła mnie jego historia kariery piłkarskiej, a zwłaszcza jej romantyczny aspekt:
 
„Jego przeprowadzka do stolicy Katalonii wydawała się jednak tylko kwestią czasu już od młodości. Dlaczego? Gdy miał 15 lat, jego ówczesna miłość – Sofia – przeprowadziła się z rodzicami do… Barcelony. Wówczas młody Suarez obiecał sobie, że zrobi wszystko, aby ta znajomość przetrwała. Słowa dotrzymał. Dziś Sofia jest jego żoną, urodziła mu dwójkę dzieci.”
 
Ten krótki cytat z biografii Luisa Suareza, to tylko przykład niezliczonych „smaczków” i ciekawostek z życia prywatnego piłkarzy, których znamy z głównie z tego, co prezentowali  i prezentują na boisku, a przecież każdy z nich to także człowiek z krwi i kości – ze wszystkimi swoimi mocnymi stronami, ale też i słabościami. Ich życiorysy niejednokrotnie mogłyby posłużyć za ciekawy scenariusz filmowy
 
Dla mnie osobiście najbardziej interesującymi wątkami są te, gdzie w głównych rolach występują Polacy. Mowa tutaj o naszych rodakach, którzy w jakikolwiek sposób powiązani są z tak znamienitymi klubami, jakimi są bez wątpienia Borussia Dortmund, czy Bayern Monachium. Ciekawe też są statystyki i opisy starć piłkarskich gigantów z polskimi klubami w pucharach.
 
Generalnie struktura każdej z tych czterech pozycji książkowych opiera się na powtarzalnym schemacie, według którego tytuły poszczególnych rozdziałów wyglądają niemal identycznie. Wymienię te, które znaleźć można się w każdej z czterech książek:
HISTORIA
DRUZYNA
LEGENDY
 
STADION
KIBICE
 
JAK KUPIĆ BILETY NA MECZE
SYTUACJA FINANSOWA/BUDŻET
 
PRZYSZŁOŚĆ (tego rozdziału brakuje w „FC Barcelona”, ale za to jest tam rozdział pt. ”La Masia”…)
 
POLSKIE STARCIA/MECZE Z…
KADRA
 
STATYSTYKI (OSIĄGNIĘCIA)
Wszystko podane w przejrzystej, czytelnej formie. Bogato ilustrowany każdy z rozdziałów, przy najwybitniejszych zawodnikach można znaleźć dodatkowe tabelki z informacjami. No i ostatni rozdział – liczbowe zestawienia dla miłośników statystyk. Słowem, każdy znajdzie coś dla siebie!
Na koniec jeszcze kilka informacji technicznych: każda z czterech pozycji zamyka się w 160 stronach tekstu i zdjęć, miękka oprawa, format A5, cena każdej książki 19,90. Tak więc za całą kolekcję musimy zapłacić niemal 80 zł. Niby spora kwota, ale myślę, że jednak będą to dobrze zainwestowane pieniądze – ja w każdym razie polecam zakup i lekturę całego cyklu!



AUTORZY POSZCZEGÓLNYCH POZYCJI:


„Borussia Dortmund” – autor: Tomasz Ćwiąkała
 
 
 
 
 
„FC Barcelona” – autor: Tomasz Ćwiąkała

 
 
 
„Bayern Monachium” – autor: Paweł Muzyka



 
 
„Real Madryt” – autor: Jakub Olkiewicz

piątek, 30 czerwca 2017

Futbolowy sezon ogórkowy – czyżby?


PIŁKARSKIE LATO
Lato, jak wiadomo, to czas słonecznej pogody, wakacji, urlopów, a dla piłkarzy – czas przerwy w ligowych rozgrywkach. Dla piszących o piłce zaś, lato często jest tym okresem, gdy trzeba niemal na siłę wyszukiwać godne opisu futbolowe wątki, albo szukać tematów zastępczych. Nic ciekawego na ogół się nie dzieje, a czas płynie leniwie. Słowem – sezon ogórkowy.
Lato nadeszło jak zwykle, ze wszystkimi jego aspektami. Jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że jakoś w tym roku poziom „ogórków” w sezonie ogórkowym, jest dziwnie niski… Nie żebym się skarżyła – wręcz przeciwnie! Podoba mi się to, że ciągle  sporo  się dzieje w futbolowym świecie, że jest o czym poczytać i nad czym się rozwodzić. I to zarówno jeśli chodzi o oficjalne imprezy czy spotkania, jak i „zakulisowe” spekulacje i przymiarki dotyczące transferów kluczowych figur piłkarskich aren.
 
EURO U21
Od 16 czerwca możemy śledzić, jak na polskich boiskach radzą sobie młodzieżowcy, z których przynamniej część stanowić będzie kiedyś o sile dorosłych reprezentacji swoich krajów. Euro U21 ma w tym roku wyjątkowy charakter, gdyż to nasz kraj jest gospodarzem tego niedocenianego przez wielu turnieju. Emocje z nim związane mogły być znacznie większe,  gdyby nasi reprezentanci pokusili się przynajmniej o wyjście z grupy. Niestety, jako gospodarze, okazaliśmy się nazbyt gościnni i w całych rozgrywkach udało nam się uzbierać zaledwie jeden punkt, wydarty z wielkim trudem Szwedom… Rekompensatą dla zawiedzionych polskich kibiców może być jednak możliwość oglądania na żywo popisów naprawdę solidnych ekip, które pokazały, że tego typu rozgrywki traktują bardzo poważnie i przyjechały do Polski w naprawdę mocnych składach. Do finału mogły wejść tylko dwie z nich, już dziś okaże się kto zatryumfuje – Niemcy, czy Hiszpanie? Finałowe spotkanie Euro U21 2017 odbędzie się w piątek 30 czerwca w Krakowie, początek zaplanowano na godz. 20.45.
 
PUCHAR KONFEDERACJI
Rozgrywany w Rosji Puchar Konfederacji również powoli dobiega końca. Nasi wschodni sąsiedzi, dla których turniej ten miał być czymś w rodzaju przetarcia, tudzież sprawdzianu przed mundialem w 2018 roku, okazali się  równie gościnni, jak my – i także nie wyszli z grupy. Świetnie za to zaprezentowali się Niemcy, którzy w czwartek łatwo uporali się z bezradnym Meksykiem (4:1) i zmierzą się w niedzielnym finale z Chile, które z kolei w środowym półfinale wyeliminowało po rzutach karnych Portugalię. Swoją drogą, patrząc na nieco niemrawą i chyba zbyt pewną siebie Portugalię z fenomenalnym w tym sezonie Cristiano Ronaldo w składzie, oczekiwałam że po raz kolejny sięgną po tytuł po mało efektownej i niebyt porywającej grze. Spodziewałam się swego rodzaju „powtórki z rozrywki” – czyli skopiowania przykrej dla nas sytuacji z Euro 2016 we Francji, gdy to musieliśmy uznać wyższość Portugalczyków po dogrywce i rzutach karnych właśnie. Jakże srodze musieli być zawiedzeni i wręcz zszokowani gracze Fernando Santosa, gdy na drodze do zwycięstwa stanął im chilijski bramkarz, Claudio Bravo. Dosłownie – bo bronił karne fenomenalnie!
Finałowe spotkanie Pucharu Konfederacji (Chile – Niemcy), odbędzie się w niedzielę 2 lipca w Petersburgu, początek zaplanowano na godzinę 20.00.
 
EUROPEJSKIE PUCHARY CZAS ZACZĄĆ!
W tle młodzieżowego euro i Pucharu Konfederacji, zmagania w europejskich pucharach rozpoczynają także polskie zespoły. W czwartek w ramach 1 rundy kwalifikacji Ligi Europy, Lech Poznań rozbił u siebie macedoński FK Pelister 4:0, zaś Jagiellonia Białystok na wyjeździe pokonała gruzińskie Dinamo Batumi 1:0. Widomo, że żaden poważny kibic futbolu nie będzie zbytnio ekscytował się wynikami pierwszej rundy kwalifikacji LE, niemniej jednak to miło, że obydwie polskie drużyny dobrze zainaugurowały swoją przygodę w europejskich pucharach. Ja w każdym razie się cieszę i niezmiennie trzymam kciuki w związku z występami zarówno Jagielloni, Lecha, Arki w LE, jak i przede wszystkim, Legii Warszawa w eliminacjach do LM. Dzięki tym eliminacjom właśnie, to lato może być naprawdę  ciekawe…
 
TRANSFEROWY ZAWRÓT GŁOWY
Karuzela  transferowa może jeszcze nie weszła na najwyższe obroty, ale już kręci się coraz szybciej. Czasem wręcz trudno nadążyć za newsami dotyczącymi kolejnych „przeprowadzek” mniej lub bardziej znanych piłkarzy. Jeszcze trudniej być na bieżąco z transferowymi plotkami czy też spekulacjami – bo te zmieniają się niczym obrazki w kalejdoskopie. Codziennie możemy przeczytać sprzeczne ze sobą informacje, jesteśmy świadkami spektakularnych zwrotów akcji i nieprawdopodobnych sytuacji związanych z tym co sezonowym, transferowym szaleństwem. Niby są te bardziej wiarygodne źródła, niby te pozostałe powinniśmy traktować z przymrużeniem oka, niby mamy swoich sprawdzonych informatorów… A jednak i tak na koniec okienka transferowego, z pewnością nie unikniemy stwierdzenia, że jednak znowu było ono w stanie nas zaskoczyć…
Czy Ronaldo, obrażony na hiszpański wymiar sprawiedliwości i na klub, który ponoć niedostatecznie go w wspierał w walce z fiskusem, rzeczywiście nie powróci już do Madrytu? A jeśli tak, to czy skusi go oferta z Chin, czy może raczej z czerwonej części Manchesteru? Co bardziej szalone plotki mówią nawet o monachijskim kierunku i możliwości zastąpienia Roberta Lewandowskiego, którego ponoć w tym roku dla odmiany kusi Chelsea.
Czy Bayern, który zapowiadał spektakularne transfery i poważne włączenie się do gry o Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie, rzeczywiście kupi kogoś gwarantującego jakość i ewentualną alternatywę (zastępstwo/wsparcie) dla Lewego? Zdaje się, że temat sprowadzenia na Alians Arena Alexisa Sancheza definitywnie już upadł, ale za to pojawił się inny, jeszcze bardziej efektowny – a mianowicie dotyczący ewentualnego transferu Aubameyanga.
Co z tym Vadisem – takie pytanie zadaje sobie od tygodni chyba każdy kibic Legii. Tymczasem objawienie Ekstraklasy minionego sezonu raczej woli greckie  boiska (i pensję), niż to, co może zaoferować mu mistrz Polski… Sytuacja jest patowa, porozumienia wciąż nie osiągnięto, a sam Ofoe zamiast solidnie przygotowywać się do nowego sezonu i udać się na zgrupowanie do Warki, po wtorkowych rozmowach z prezesem Mioduskim wsiadł w samolot, który powiózł go do… Brukseli. Oficjalnie jego absencja tłumaczona jest względami rodzinnymi (narodzinami dziecka), ale nietrudno się domyśleć, że chodzi o coś więcej…
 
 
ZANIM NADEJDZIE PIŁKARSKA JESIEŃ
 
Tego typu transferowych pytań jest całe mnóstwo, jak co roku zresztą. Nie sposób wspomnieć o wszystkich. Wciąż pozostaje otwarta kwestia transferów naszych czołowych reprezentantów, którzy do tej pory występowali w Ekstraklasie, mowa tutaj o Michale Pazdanie i Krzysztofie Mączyńskim.
W każdym razie dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, nie brakuje piłkarskich spotkań na najwyższym poziomie, a w tle oficjalnych wystąpień i oświadczeń, toczy się zakulisowa gra – wielka walka o sprowadzenie bądź zatrzymanie tych najbardziej kluczowych i wartościowych zawodników.  Jej efekty poznamy już wkrótce. Tymczasem „sezon ogórkowy” trwa  w najlepsze i wcale nie jest taki nudny, jak mogłoby się wydawać– delektujmy się więc nim w oczekiwaniu na otwarcie nowego sezonu ligowego!