Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 4 grudnia 2016

Rado w Legii – syn marnotrawny wraca do domu a z nim wszystko, co w futbolu najlepsze!

KRÓL ASYST, KSIĄŻĘ BRAMEK
Naprawdę fantastyczne statystyki notuje Miroslav Radović po swoim powrocie do Legii Warszawa. Można śmiało zaryzykować tezę, że jest to comeback w iście hollywoodzkim stylu – efektowny, w blasku fleszy, przy aplauzie publiczności, wyrazistych komentarzach w mediach. Piękniejszego powrotu do ukochanego klubu Radović nie mógłby chyba sobie wymarzyć. Choć początkowo łatwo nie było i wydawało się, że jednak Serb do Warszawy będzie mógł przyjeżdżać jedynie w roli kibica, czy turysty… Droga powrotna z chińskiego Hebei China Fortune, do którego filar Legii został sprzedany wiosną 2015 r., biegła bowiem przez słoweńską Olimpiję Lublana (przystanek od lutego do czerwca 2016 r.) i serbski Partizan Belgrad (zaledwie kilka tygodni, od lipca do 29 sierpnia 2016 r. – kiedy to rozwiązano umowę, gdy piłkarz zdecydował się ponownie związać z Legią Warszawa). Dużo zresztą o tym mówić – kulisy negocjacji przy rozwiązywaniu kontraktu z Partizaznem i podpisywaniu umowy z Legią, to materiał na odrębny tekst i gotowy materiał na scenariusz filmowy… Ale to już historia. Zostawmy burzliwe, bolesne w skutkach i traumatyczne dla kibiców rozstanie Rado z Legią. Pomińmy milczeniem jego tułaczkę po futbolowym świecie na przestrzeni tych kilkunastu miesięcy jego nieobecności przy Łazienkowskiej 3. Dziś liczy się jedynie to, że wrócił, jest w formie, napędza ataki Legii, asystuje, strzela piękne i ważne gole. Kibice znowu go kochają i chyba dosyć szybko wybaczyli mu, że kiedyś, mimo deklaracji o miłości i przywiązaniu do klubowych barw, wybrał intratną ofertę z Chin. No i - co bardzo istotne - liczby potwierdzają, że włodarze Legii podpisując z Radoviciem drugą już z kolei umowę, zrobili bardzo dobry ruch transferowy! 32-latek asystuje i strzela jak z nut:
Klasyfikacja legionistów, którzy asystowali przy golach w sezonie 2016/17 (we wszystkich rozgrywkach):


7 - Miroslav Radović (5 w
LOTTO Ekstraklasie, 2 w Lidze Mistrzów)
5 - Thibault Moulin, Vadis Odjidja Ofoe
4 - Aleksandar Prijović
3 - Tomasz Jodłowiec, Kasper Hamalainen, Bartosz Bereszyński
2 - Michaił Aleksandrow, Michał Kucharczyk, Guilherme, Łukasz Broź
1 - Steeven Langil, Adam Hlousek, Michał Kopczyński
 
Klasyfikacja strzelców Legii Warszawa w sezonie 2016/17 (we wszystkich rozgrywkach):

15 - Nemanja Nikolić
7 - Aleksandar Prijović
6 - Miroslav Radović (4 w LOTTO Ekstraklasie, 2 w Lidze Mistrzów)
5 - Guilherme
4 - Michał Kucharczyk, Kasper Hamalainen
2 - Vadis Odjidja Ofoe
1 - Michaił Aleksandrow, Igor Lewczuk, Steeven Langil, Jakub Czerwiński, Thibault Moulin
Wystarczyło zaledwie kilka tygodni, by Miroslav Radović na powrót stał się idolem trybun, liderem zespołu i jednym z asów w talii Jacka Magiery.
 
NO RADO, NO FUN…
Ponoć w jednym z ostatnich wywiadów Aleksandar Prijović miał rzecz: „No Prijo, no fun”. Parafrazując legijnego klasyka, można by powiedzieć: „No Rado, no fun…” Bez Radowicza trudno o dobrą zabawę, zwłaszcza, gdy remisuje się w zasadzie wygrany mecz… W zamian za to jest gigantyczne rozczarowanie i frustracja – bo przecież Legia przed piątkowym starciem z Wisłą Płock była murowanym faworytem, pewniakiem nad pewniaki! A jednak przy korzystnym dla siebie wyniku 2:0, pozwoliła sobie wbić dwa gole nie strzelając już żadnego i w efekcie straciła punkty z beniaminkiem z Płocka. A przecież ekipa Magiery wydawała się w ostatnich tygodniach nie do zatrzymania, w polskiej Ekstraklasie nie było na nią mocnych (wygranych z rzędu 5 ostatnich spotkań). Wystarczyło jednak, aby zabrakło mistrza kluczowych podań i mamy w lidze niemałą niespodziankę! Oczywiście na placu boju pojawili się dwaj inni wirtuozi w tej materii – Vadis Odjidja-Ofoe i Kasper Hämäläinen i nawet przyzwoicie się zaprezentowali. Jednakże do euforii po meczu sporo Legionistom brakowało, delikatnie mówiąc… Na trybunach także trudno było doszukać się radości, bo jak to pokazuje życie – bez Radovicia nie ma zabawy…
(...)

czwartek, 24 listopada 2016

Prawdziwy futbol i anty-futbol – czyli jałowa dyskusja o… gustach!



Czy kolor błękitny jest  piękniejszy od zielonego?

Czy wytrawne czerwone wino ma bardziej wyrafinowany smak niż półsłodkie białe?

Czy przyjemniejszy jest wypoczynek w górach, czy nad morzem?

Czy…

Tego typu pytań można by natworzyć  tysiące, namnażać bez końca. Tylko po co? Jaki jest sens szukać uniwersalnej odpowiedzi tam, gdzie nie może być ona uwarunkowana obiektywnymi czynnikami, lecz wynika z czyichś indywidualnych preferencji czy też chwilowych kaprysów? Innymi słowy, są pytanie, na które w takim samym stopniu właściwe będzie odpowiedzieć zarówno „tak”, jak i „nie”. Po prostu. I każdą z tych opcji należy uszanować, bo każdemu z nas ma prawo podobać się coś zupełnie innego, nawet jeśli jest to coś zgoła odmiennego od tego, co akurat preferuje nasz adwersarz. I dopóty tego nie zrozumiemy, dopóki będziemy mieć problem ze skonstruowaniem jakiegokolwiek dialogu. A jeśli nawet już nam się to uda, to większości przypadków skończy się to większymi lub mniejszymi „zgrzytami”, rzucaniem obraźliwych epitetów, czy też inną, mało elegancką próbą przeforsowania swoich racji.

Osobiście lubię, uwielbiam wręcz, słowne potyczki na argumenty. Pod warunkiem jednak, że taka dyskusja ma sens, prowadzi do ciekawych konkluzji, a kontrpartnerzy są otwarci na to, co ma do powiedzenia druga strona, potrafią siebie słuchać, a rozmowa przebiega w atmosferze wzajemnego szacunku. Miło jest wygrywać, umotywować tak swoje stanowisko, że oponent nie ma innego wyjścia, jak tylko przyznać nam rację. Ale – przynajmniej dla mnie- równie fajnym doświadczeniem jest natrafić na kogoś takiego, kto okazuje się odpowiednikiem przysłowiowego kamienia, na który natrafiła kosa. I wówczas to ja mogę dać się przeciągnąć na drugą stronę, zgodzić się z tym, co przekonuje mnie w argumentacji mojego rozmówcy – i przy okazji czegoś się od niego nauczyć. Tak właśnie – bo to żaden wstyd uczyć się od mądrzejszych od siebie. I naprawdę nie mam z tym problemu, jakoś wybitnie nie cierpi też na tym moje ego. Wszak podobno tylko krowa nie zmienia poglądów…

By jednak do zmiany czyichś poglądów dojść mogło, no i aby rozpoczynanie burzliwej dyskusji w ogóle miało sens, należy na wstępie zadać sobie podstawowe pytanie: czy jest o co kruszyć kopie…?

Do czego zmierzam i po cóż w ogóle ten przydługi wstęp? Otóż od dwóch dni przysłuchuję się z dość dużym zainteresowaniem i… rozbawieniem temu, co mówi się na temat tego, jak zaprezentowała się Legia Warszawa w przegranym 4:8 starciu z Borussią Dortmund? I w jakimś stopniu zagadnienie to łączę z dyskusją, jaka wywiązała się pod jedną z publikacji na portalu Mój Football Manager:
Mianowicie spór dotyczył stylu gry drużyny Atletico Madryt, a mnie jakoś automatycznie skojarzył się on z tym (ten styl), czego przeciwieństwo ostatnio prezentuje w swoich meczach w LM Legia Warszawa. Czyli „zaparkowany w polu karnym autobus” versus otwarty, dynamiczny, ofensywny i radosny futbol. Nuda i monotonia w kontrze do miłego dla oka i emocjonującego widowiska. Tak w skrócie można by scharakteryzować styl gry zespołów pod wodzą Diego Simeone i Jacka Magiery. „Anty-futbol”  w opozycji do „prawdziwego futbolu”.

Oczywiście takie przedstawienie sprawy, stawia ekipę z Madrytu  w złym świetle, każe wręcz z politowaniem i niechęcią patrzeć na postawę prezentowaną przez hiszpańską drużynę. Z kolei do Legionistów, po tym, co pokazali w meczach z Realem i Borussią nikt raczej nie może mieć większych pretensji, tak jak nie można winić Ikara za to, że zapragnął mieć skrzydła i poleciał zbyt wysoko. Nawet jeśli upadek po takim „locie” jest bolesny a ceną jest rekordowa liczba straconych goli, to jednak oni i tak nadal są z siebie dumni – bo przecież nie przestraszyli się utytułowanych rywali, nie „zamurowali” własnej bramki, bo w końcu przecież próbowali nawiązać walkę jak równy z równym i – o dziwo – niekiedy to im się udawało! Nietrudno więc wykrzesać w sobie sympatię dla takiego Kopciuszka w LM, który mimo tego, że nikt mu nie dawał większych szans po losowaniu grup, potrafił swoją postawą pięknie zaskoczyć swoich kibiców i dać im wiele radości i mnóstwo pozytywnych emocji. To trzeba Legii oddać i za to ją chwalić.

Czy jednak te 8 bramek, które Legia pozwoliła sobie wbić w środę w Dortmundzie, to jednak nie jest obciach? Dodać należy, że w dwumeczu z Borussią mówimy już o rekordowych 14 utraconych bramkach… Wątpliwy to więc powód do dumy – powie ktoś. Marna to satysfakcja strzelić jednemu z najpotężniejszych klubów w Europie aż 4 gole na jego własnym stadionie, lecz jednocześnie pozwolić sobie zaaplikować dwa razy tyle – doda ktoś inny. I nie sposób odmówić tym stwierdzeniom racji. Idąc dalej tym tropem myślenia, można odwrócić definicje wspomnianego wcześniej „anty-futbolu” i negując grę i dokonania Legii, uczynić z gry Atletico wzorcowy przykład, postawę godną naśladowania.

Czyż bowiem w ostatecznym rozrachunku nie liczy się końcowy wynik? Czy przypadkiem punkty w futbolu nie przyznaje się za zdobyte gole, nie zaś za piękną, finezyjną, zapierającą dech w piersiach grę? Czy meczu nie wygrywa ten, kto jest bardziej skuteczny i potrafi wykorzystać sytuacje, nie zaś ten, kto dłużej utrzymuje się przy piłce i misternie konstruuje jedną ofensywną akcję za drugą. Nota bene, wczoraj Bayern w Rostowie był w posiadaniu futbolówki przez jakieś 70% czasu gry. Kto oglądał to spotkanie wie, że efekty tego były marne – niemiecki gigant wrócił do Monachium z niczym, zaś komplet punktów zainkasował rosyjski słabeusz…

Wracając jednak do Atletico – to, co dla jednych jest nie do zaakceptowania i po prostu im się nie podoba w stylu gry tej drużyny, dla innych będzie czymś fenomenalnym. W czymś, co jedni nazwą „anty-futbolem”,  inni odnajdą sens i kwintesencję gry w piłkę. Co dla jednych będzie nudą i brakiem finezji, dla innych wspaniałą taktyką, którą zawodnicy realizują z żelazną konsekwencją. Co jedni nazwą brutalnością i chamstwem, inni określą mianem waleczności i poświęcenia. Oczywiście zakładam, że to wszystko mieści się w ramach przepisów i sędzia nie musi reagować na przejawy boiskowej agresji – bo wówczas należałby oczywiście nazywać rzeczy po imieniu.

A Legia? Dwugłos i potężne dyskusje na wszelkiego rodzaju portalach  i forach internetowych pokazują, że nie sposób jednoznacznie ocenić tego, co wyczyniali na dortmundzkiej murawie piłkarze Jacka Magiery. To był szalony mecz, wymykający się wszelkim schematom, jak nawet stwierdził trener gospodarzy, Thomas Tuchel,  Przebieg spotkania był w każdej fazie surrealistyczny.
I to zdanie chyba najpełniej oddaje koloryt i niepowtarzalność tego widowiska. Prawdziwy piłkarski spektakl z oryginalnym scenariuszem nie do podrobienia, na który bilety powinny kosztować co najmniej dwa razy tyle, co na zwykły mecz. Bo takie emocje, jakie zafundowali swoim kibicom bohaterowie tego spotkania, warte są każdych pieniędzy! Jak dla mnie – futbolowe crème de la crème! Mogłabym tego typu starcia oglądać już zawsze i pewnie nigdy by mi się nie znudziły. W takim futbolu można się zakochać, a tak odważnie grających Legionistów podziwiać i nawet próbować zrozumieć ich boiskowy heroizm, takie rzucanie się w ogień – ze świadomością, czym to grozi i jak boleśnie może się skończyć (...).

Cały tekst można znaleźć na stronie MFM - KLIKNIJ TUTAJ

Zapraszam serdecznie do lektury!




Gdyby ktoś miał ochotę na więcej, podaję link na stronę, gdzie zestawione są wszystkie moje teksty na portalu Mój Football Manager:
 PUBLIKACJE NA MFM - KLIKNIJ TUTAJ

W ramach ciekawostki: artykuł z największą liczbą odsłon (prawie 9 tysięcy) traktuje o roli żon/partnerek w życiu i karierze piłkarzy. Dużo fotek, ciekawych cytatów - jeśli ktoś lubi tego typu publikacje, zapraszam:
Druga polowa - na boisku i w domu, w meczu i w życiu piłkarza.


No i jeszcze chciałabym polecić bardziej poważny tekst (z lutego), dotyczący psychologicznego aspektu futbolu. Nieskromnie powiem, że warto poświęcić chwilę na jego lekturę, samo jego pisanie i zbieranie materiałów było dla mnie szalenie ciekawą przygodą.  To spora frajda móc się tego typu wiedzą dzielić. Zapraszam!
W piłce nożnej najważniejsze są... nogi? - KLIKNIJ TUTAJ

wtorek, 18 października 2016

Spisani na straty, rzuceni na pożarcie futbolowym bestiom – Legia dziś gra z Realem! Obrazki z Twittera (i nie tylko).



Czy Legioniści jednak powalczą dziś z Królewskimi, czy czeka nas zapowiadany pogrom? Jakże bym chciała, żeby wszyscy się mylili… Eksperci nie mieli racji, bukmacherzy nietrafnie typowali, dziennikarze niepotrzebnie wywoływali medialną histerię… „Strach się bać”. „Bój się Legio!” „Dzień Apokalipsy” – niech te wszystkie hasła okażą się dziś puste, błędne i nie mające pokrycia w rzeczywistości!
Bardzo bym chciała zobaczyć na jednej z najwspanialszych aren świata, walczący, odważny i ambitny polski zespół. Nie zastraszonych i nieporadnych chłopców do bicia, tylko prawdziwych Gladiatorów, 11 Walecznych Serc, którzy nie przyniosą nam wstydu, nawet jeśli przegrają…
A może… uda im się sprawić jakąś niespodziankę?
Czy to możliwe?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią: NIE!
Twitter to potwierdza, niestety…
Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości. Nie ma co się oszukiwać i liczyć na cud. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie trzymała kciuków za polski zespół w europejskich pucharach. Nie ważne, czy to Legia, Lech, Wisła – zawsze będę kibicować naszym! I mam nadzieję, że przynajmniej część tych czarnych prognoz się nie sprawdzi…
Walcz, Legio!!!

sobota, 15 października 2016

Kac-Kadra-Gate – czyli afera, która otwiera oczy kibicom i spędza sen z powiek trenerowi Nawałce...


Chyba każdy z nas z niedowierzaniem i konsternacją patrzył na to, co prezentowali sobą na boisku nasi kadrowicze podczas ostatnich spotkań. Mając wciąż w pamięci waleczną i szalenie ambitną ekipę, która w eliminacjach do Euro (czy później, już na mistrzostwach Europy we Francji), gotowa była umierać na boisku, gryźć przysłowiową trawę, czy wypluwać płuca, mogliśmy odnieść czasem wrażenie, że ktoś podmienił nam kadrę… Tak, jakby wakacje i przerwa reprezentacyjna sprawiły, że na zgrupowaniu pojawili się już zupełnie inni gracze. Oczywiście, uwaga ta nie dotyczy wszystkich. Nie zmienia to jednak faktu, że ogólne wrażenie i całościowa ocena gry naszej kadry, nie może być dobra, nawet mimo bardzo korzystnych wyników i końcowego bilansu, który jasno stwierdza: dwa mecze i 6 punktów - na 6 możliwych do zdobycia. Zdobycz punktowa nie powinna jednak tuszować żenującego wręcz obrazu kadry, który wyłania się wraz z kolejnymi publikacjami, zwłaszcza na łamach Przeglądu Sportowego. To właśnie dziennikarze tej gazety otworzyli przysłowiową puszkę Pandory, z której, niczym ohydne robactwo,  wypełzają kolejne rewelacje, informacje, domysły i fakty, wobec których nie sposób przejść obojętnie. Każdy chce skomentować tę  sytuację, niemal każdy portal dodaje coś od siebie, próbuje przyciągnąć uwagę czytelnika na wszelkie możliwe sposoby. Powoli całe  wydarzenie zaczyna przypominać brazylijską  telenowelę… Smutne. (...)